czwartek, 12 lutego 2026

Powtarzaj za mną

To że mówi, że się zmartwiła, kiedy nie było mnie w domu mieszkaniu na noc, to nic nie znaczy, o niczym nie świadczy. To że mówi to drugi raz za kilka godzin, że siedziała do późna z tymi nowymi paranormalnymi opowieściami i paznokciami (przegapiłeś tu szansę na naukę mówienia drobnych komplementów na nowo mimo wszystko) i nagle jej to przeszło przez myśl, że mnie nie ma wciąż jeszcze, w tym nastroju strasznych opowieści, więc może trzeba się martwić, to o niczym nie świadczy, to nic nie znaczy, kiedy mówi, że źle spała i w ogóle później nie wstała na jakieś sprawy pracowe, bo leżała jeszcze w łóżku jak wszedłeś do domu po plotach z Mimblą.

Nic z rzeczy, które Ci się wydawały wcześniej, nie było naprawdę, c'nie? Łącznie z tym wieczorem, kiedy przekonywałeś sam siebie, że the right way w tej dziwnej relacji to nie jest łapać dziewczynę za rękę przy oglądaniu seriali, tylko kiedyś zaprosić na randkę, nawet jeśli masz wrażenie, że po chwili sama wręcz podstawia swoją dłoń do chwytania (jakby sprawdzała, choć sekundę wcześniej waliła w twoją laserami z oczu, the girl uses confusion, it's super effective), a później na chwilę się zrobiła w kuchni taka flirty, jakby prowokowała żebyś podszedł za blisko (ale pięć minut wcześniej mówiła o różnicy wieku rodziców, the girl uses confussion a lot). To wszystko były złudzenia, bo widzisz rzeczy, które chciałbyś widzieć, tak mamy ogólnie w rodzaju ludzkim, nie jesteś wyjątkiem.

Ona chciała w zaproszeniu na randkę zobaczyć żart, więc zobaczyła.

Gdyby kontynuować tę rozmowę z kuchni, należałoby przyznać, że sobie ze mną poradziła.

To nic nie znaczy, o niczym nie świadczy, że zauważa jakąś nieobecność, to nie jest uświadomienie sobie braku (nie projektuj na nią swoich emocji, to ty czujesz brak i tęsknotę i masz to przepracować żeby nie), to uprzejme zauważenie, więc bądź po prostu czujny i gdyby przypadkiem znów chciała okazywać taką troskę, że cię nie ma w domu mieszkaniu na noc, to powiedz żart w tym tonie seriali o duchach i potworach, i poczwarach, że pierwsza się dowie, jeśli umrzesz tam gdzieś na mieście, bo pomożesz babci straszącej w bloku zrzucać rzeczy z półek.

Powtarzaj za mną, ponieważ zgodnie z wytycznymi, które sam sobie nawymyślałeś, nie ma tu już miejsca na nic ponad czułe i życzliwe próby wyśmiewania samego siebie, wieczną naukę podejścia do spraw z poczuciem humoru.

"W jednym roku mieszkałem ze żmiją która zachowywała się jak była żona i z kobietą która nigdy nie będzie żoną". Lubisz takie symetryczne, kontrastowe żarty. Twoje życie uczuciowe to materiał na dobry stand-up, c'nie?

Powtarzaj za mną, że troska i wdzięczność, okay, w końcu na pewno coś tam lekko się przyjaźniliście przez ten rok i nie ma powodów, żeby przestać być wdzięcznym i troskliwym, i lekko zaprzyjaźnionym, ale jednak pamiętaj, że jesteś dla niej żartem - to brzmi brutalnie, to na pewno nieuczciwe (przecież nie zakochałbym się w niej gdyby nie była lepsza niż ta bzdura), ale co ja mogę innego, żeby zrobić następny krok. Głowa do góry, uśmiech może i fałszywy, ale o uśmiechniętych ludzi nie trzeba się martwić. I przeganiaj te złudzenia, że mógłbyś być czymś więcej, powiedziała przecież jasno nichuja.

Przez te, ile, dwadzieścia pięć lat już pewnie, dałeś radę odkochać się w końcu z każdej kobiety, ze wszystkich dwóch których dotykałeś i ze wszystkich - a tych przecież było o wiele więcej - których nie, to tym bardziej z tej też dasz w końcu radę, nawet jeśli na razie nie masz jeszcze najmniejszej ochoty, bo serce masz jeszcze głupsze od jej kota.

Wybacz, Kocie, ty jedna byłaś przy mnie w Sylwestra, myślę że to dobry żart, potrzebuję ich. Sorry, że nie jestem dla Ciebie równie dobry jak matka, ona sobie z tobą pożartuje, pogada o wszystkim, poprzekomarza, a ja to tylko czasem coś pochlipuję, że trzeba przestać się w niej kochać. Nawet nie jesteś pierwszym kotem z którym tak rozmawiam, ten typ tak ma. No i nie robiłbym tego, gdybyś czasem sama nie przychodziła po czułość. Doceniam! 

Nichuja, jesteś dla niej do kurwy nędzy za stary, zrób sobie z tego czarny żart, że jesteś za stary na emocje i dalej sobie żartuj, że założysz tindera, zrobisz zdjęcie całkiem spoko po dwóch latach bycia fit brzucha, podpiszesz "nic specjalnego ale może lubisz żyły" i wtedy się okaże, czy do realizowania potrzeby dotyku potrzebne są emocje, skoro twoje wyglądają na żart (Chcesz zobaczyć żart? Poczekaj aż zdejmę spodnie, iksde. Już, już, dość, miało być życzliwie...). Wiesz że nie założysz. Wiesz? Różyczka się śmiała z pomysłu. Lawyer Spice mówi, że jesteś porządny chłopak i może to jednak nie miejsce dla ciebie. Mimbla chyba sama trochę umarła w środku, kiedy usłyszała, że mnie wzięto za żart, również po konsultacjach ze wspólnymi przyjaciółmi.

Zapytała czy czuję się przez nich zdradzony. Nie wpadłby mi ten pomysł do głowy. Uznali tam że się czuję jakoś samotny i szukam towarzystwa. Mieli rację, tylko że przecież zupełnie nie w ten sposób, co wymyślili.

A to też jest jakiś żart, że wszyscy cię wzięli za głupszego niż jesteś. Gdybyś był głupszy, nie wiedziałbyś, że to jest kobieta warta zaproszenia do teatru.

-

Powiedziała dziś że ma plany na weekend. No to nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz, c'nie? Za chwilę nuciła piosenkę z mojej playlisty, ledwie słyszalną z pokoju. Supercute, ech.

Nigdy tak nie życzyłem zdrowia dzieciom na Krańcu Świata jak teraz, niech się wyliżą z przeziębień i niech Bazyl z Herbacianą idą na randkę i dadzą mi to miejsce do wyjścia z domu i zajęcia się czymś, jakbym pojechał do opieki nad chłopcami smażyć naleśniki i razem pograć w coś, a oni niech sobie skorzystają coś z życia.

Powiedziała dziś też że się czuje staro bo wymienia ręczniki, które jeszcze chyba pamiętają liceum, na nowe. Myślę, że lepszego żartu dziś już nie usłyszę (a prowadząca Salsation czasem ma w harmonogramie żart na koniec zajęć, no ale nie ma szans), niż ten, że kobieta, która mi dopiero co powiedziała nichuja, bo jestem dla niej za stary, czuje się staro. Brutal, but funny as hell.

-

Powtarzaj za mną zamiast loopować Telefon Tel Aviv.

poniedziałek, 9 lutego 2026

Sound in a dark room

W piątek wróciłem z zajęć tak nie bardzo jeszcze późno, tzn. została tam jakaś przestrzeń na bycie przestrzenią wspólną. Przez chwilę było tak, jakby nic nigdy się nie wydarzyło, tj. był żart za żart, było "cieszę się że przynoszę ci radość", kiedy robiłem sobie podśmiechujki z jej przeziębionego głosu. Mówi że się wkręca w jakieś nowe pseudo-para-dokumenty, lubi te klimaty historii o duchach, stąd było Supernatural przecież też. Było opowiadanie o zapisach na zajęcia i odwoływaniu i niezdecydowaniu, i układaniu nowego grafiku pod zmiany w priorytetach. I pokazywanie wymiataczy na telefonie. I oddawanie telefonu. I dotknięcie dłoni przez przypadek, i zatrzymanie serca na sekundę tego przypadku, i to kurwa parzy do tej pory, i jak znam siebie, Starego Wertera, to będzie parzyć długo jeszcze.

For fucks sake, jak ja tęsknię. Wciąż w ten sposób, w który mi nie wolno.

Na drugi dzień uciekłem chodzić po sklepach, zamiast wracać do domu po zajęciach już na szesnastą. Nie znalazłem nowych butów (w cenie którą gotów byłbym zapłacić), znalazłem trochę rzeczy w second-handzie, bo ciągle mi brakuje na zajęcia ciuchów w których czułbym że przynajmniej wyglądam dobrze, skoro jeszcze dobrze nie zatańczę. Daniel Craig ma mnie kiedyś zabrać na obchód takich sklepów w okolicy, wtedy się może mocniej obłowię, no ale jeden zestaw za kilkanaście złotych złożyłem. Fajnym miejscem ucieczki jest Galeria Renova, market z pizzerkami po cztery złote jest i ciuchland też jest.

Potrzebuję systemu pakowania jakiegoś prowiantu, może termos na herbatę, skoro tak długo nie ma mnie w domu, żarcie na mieście, nawet ciepłe bagiety z żabki po kilkanaście złotych, jest na dłuższą metę drogie. I mniejszy stuff kąpielowy, te szampony i żele zajmują za dużo miejsca. I jakiegoś laptopa? Stary Samsung, nawet ze swoimi bieda parametrami na dzisiejsze, byłby jak znalazł, szkoda że mu klawiatura nie stykała i sprzedałem. Tablet który kupiłem do czytania chyba za mały. Ale może do samego pisania?

W niedzielę akurat wstałem pierwszy, więc już byłem po kawie i po śniadaniu, nie musiałem nic specjalnie unikać, tj. jak zapytała czy pijemy kawę, to powiedziałem że jestem po i wróciłem do blogowania na NWO. Miałem zajęcie, uff.

Coś robiłem w kuchni, wpadła tam na dwie sekundy, po godzinie spędzonej na malowaniu w łazience.

"Ja chyba napiszę do tego LOTu, bo oni myślą że ja jestem Koreanką, po koreańsku mi wyświetlają reklamy."

Kobieto, Ty chcesz mnie zabić, prawda? Ja cię lubiłem i w uwalonym farbą do włosów t-shircie i z włosami poczochranymi i z nałożoną odżywką.

Dwie sekundy zatrzymanego serca. Tej śmierci chyba nie zamaskowałem, musiałem wyglądać jak straszny stwór z Supernatural. Po co się tak odwalasz że chyba lepiej jak na Sylwestra, idziesz na randkę czy co, bawisz się mną, wchodzisz do tej kuchni się pokazać jakby, że zrobiona jak bogini, a ja umieram, bo wciąż pamiętam tak świeżo, że nigdzie nigdy ze mną nie wyjdziesz, nie wyszykujemy się ani do teatru, ani na zimowy spacer, ani na wiosenny spacer później, ani nigdzie, umieram, umieram, umieram, serce na chwilę nie bije, elektryka wysiada, oczy patrzą i buntują się i nie widzą, bo chciałyby widzieć jedynie ją, ale od tego umrę, więc widzę nie widzę, patrzę jej w oczy bez słowa, nie komentując jak dobrze wygląda. Nie powinno się oczekiwać komentarza od mężczyzny, któremu się powiedziało że nichuja, c'nie?

(Kiedyś nauczę się na nowo mówić jej drobne komplementy, ale dopiero jak przestanie mi stawać serce, kiedy na nią patrzę.)

Nie wróciłem już tego dnia do życia - w autobusie byłem zasępiony i przegapiłem przystanek na zajęcia, ocknąłem się dopiero jak zaczął wjeżdżać na jakieś obce ronda, dobrze że w miarę szybko, to zawróciłem jakoś z buta i zdążyłem. Zapomniałem zapisać się na wszystkie wtorkowe zajęcia, mam nadzieję że w ostateczności przynajmniej na Zumbę z Różyczką wejdę, choć może będę musiał na ładne oczy, Trenerka Danse Macabre wybaczy. Nawet o zapisach na Salsation zapomniałem, a tam się dziewczęta zapisują przez boty, taka jest konkurencja o miejsca.

Trzeba po prostu przetrwać, przecież wiesz jaką machinę wprawiłeś w ruch. Skoro nichuja, to trzeba po prostu przetrwać, cokolwiek nie będzie. Wróciła do domu i pada pytanie - kiedy wyjeżdżam. I tłumaczy się od razu z tego pytania, że tak ogólnie pyta, bez związku z czymkolwiek. To nigdy nie brzmi, jeśli jest tłumaczone, że jest bez związku z czymkolwiek (np. ja całkiem niedawno, pytając o jej wyjazdy, planowałem termin na zaproszenie na randkę; myślę że cokolwiek planuje ona, nie jest równie miłe), więc trzeba po prostu przetrwać, jeśli się wyprowadzi, albo jeśli po powrocie okaże się że w koszu na śmieci są opakowania po prezerwatywach. It's not my fucking business, po co jej potrzeba wiedzieć, kiedy mnie nie ma w domu.

Paczki po prezerwatywach w koszu na śmieci to bywa mindfuck, wynosiłem kiedyś u byłej śmieci, były tam opakowania, już nam się chyba wtedy sypało dość mocno, do tej pory nie mam pojęcia, czy to ja z nią takich używałem. Słabo sobie takie sprawy przypominać, nawet jeśli uparłem się wtedy że muszę ufać.

Czuję się jak komentator sportowy, który sprzyja jednej z drużyn, ale od samego początku meczu wiadomo, że przegraliśmy. No bo zaczęło się od wzięcia mojego zainteresowania za żart (jaki to jest zone? you're joking-zone?), przeszło przez "nichuja" i teraz muszę dotrwać do jakiegoś końca tego meczu, kiedy nie da się odrobić już strat.

Wiedziałeś, co robisz i że potrzebujesz to zrobić, niezależnie od wyniku. Ganbare, typie, ganbare.

czwartek, 5 lutego 2026

Soundtrack mojej ucieczki #2

 - Przegrzał mi się mózg na tej salsie - mówi do mnie, nachylając się specjalnie podczas tradycyjnego Kapitana Trenerka Danse Macabre. Nie szkodzi - odpowiadam, dysząc przy tych swoich pompkach, - Pewnie nikt oprócz mnie nie zauważył że zrobiliśmy w refrenie jedno kółeczko mniej. No i tym sposobem ja znam już chyba piątą wersję tej salsy, bo w tygodniu jak układ wchodził na sale, widziałem jego wykluwanie się przez cztery dni z rzędu.

To zawsze robi na mnie duże wrażenie, jak w trakcie zajęć TDM wymyśla układ, jedna z moich ulubionych piosenek - Sois Pas Timide - powstała tak jakoś od ręki niemal, choć ze wsparciem Trenerki Damy Pchełek. To znaczy "nie bądź nieśmiały", pewnie przydałoby się dziś po wyjściu z kerfa z taką z różowym szalikiem, aż się za nią odwróciłem, ale pomyślałem że akurat wyglądam jak menel za mocno, zła decyzja, wyjść na zakupy w dresie, tym bardziej że mam super płaszcz nowy, trzeba było w nim. Minęliśmy się znów za trzy minuty. Albo te dwa tygodnie temu, jak mi dziewczyna przy kasie na Placu Unii koniecznie chciała kliknąć aplikację, żeby zaproponowane przez kasjerkę promocje weszły, to mogło być nic, ale też ten uśmiech mógł być zaproszeniem do zaproszenia na kawę. Mężczyzna który nie zapyta to mężczyzna który nie wie, czyż nie? Albo w sobotę na pętli Młociny, stanęła trochę za blisko, a później w autobusie też zerkała.

Ech, za świeże wszystko, co już wiem, skoro zapytałem, c'nie?

Ale też myślę, że potrzebuję spróbować z kimś zupełnie, zupełnie obcym, właśnie zaczepionym w niespodziewanej sytuacji na mieście, skoro w miejscach w które chodzę regularnie, uciekam zapominać; łamane na być szczęśliwym. Po co psuć to relacjami (przecież na razie walczę ze sobą, czy warto mieć te emocje mimo wszystko), skoro zgrzewający się od trudnych rzeczy mózg na chwilę zapomina, a kiedy akurat się nie zgrzewa to jest jakoś tak wesoło i może nic więcej nie trzeba oprócz wejścia w przygody z serwisów randkowych.

Różyczka mówiła że tam się koleżanki umawiają na "ruchańsko". Nie umiałbym? Czy może jednak? Nie, za mało pewności siebie, no i ta świadomość, że ciało nie działa już tak samo jak kiedyś.

Ostatnio w nowym miejscu na Gocławiu koleżanka pytała czy znam tytuł piosenki z rybą. Przecież znam, przecież to moja ulubiona od Trenerki Danse Macabre, tj. przemyca czasem na swoją Zumbę piosenki z czasu jak robiła Salsation i one zawsze są dla mnie za trudne, i stają się ulubione, więc "Loin" mam w topce. To znaczy "daleko" (ucieknijmy gdzieś) i kiedy powtarza się tam ten filet, czyli "fidel", to śpiewają, że będą sobie wierni. Może warto zwrócić na koleżankę uwagę, wyczaić jak ma na imię, jak i na koleżankę która z zaciekawieniem komentuje moje nadruki na koszulkach, jesteśmy znajomymi na insta.

W końcu nikt nie oczekuje dziś mojej wierności, c'nie? Wręcz najważniejsza lekcja lat dwudziestych to było nie pozostawać wiernym złudzeniom odnośnie osoby która wprost powiedziała coś na kształt "nichuja". Czy na pewno ją odrobiłem?

W każdym razie właśnie tak trafiłem na Salsation, w końcu, przez te piosenki ulubione u Trenerki Danse Macabre i przez sugestię rzuconą przez koleżankę z Konesera, żeby iść sprawdzić, przez co koleżanek z Konesera praktycznie już nie widuję, no i trenerkę Danse Macabre też mniej. Ale też trochę z - pogodnej, żeby nie było - rezygnacji, kiedy na Gdańskim laski znów mnie przestawiały po sali i jeszcze zamiast powiedzieć cokolwiek na kształt "dziękuję że mi ustępujesz ulubionego miejsca", to "sorry, typie". No to następnym razem jak zobaczyłem przy zapisywaniu się na zajęcia Salsation o tej samej godzinie, poszedłem na Salsation. A TDM mówi mi na koniec zajęć, że przyjdź jutro, ostatnio mnie pochwaliła, bo na insta podliczam w tym roku zajęcia, jakoś mi głupio, że nie jest to już dla mnie priorytet jak kiedyś, więc zamiast na Gdański (gdzie nigdy nie zaczepiłem Śpiewającej, choć pewnie należało było, skoro ze Skakanką wyszło coś tak dziwnego, że się nie odzywamy) idę na Salsation do koleżanki komentującej nadruki na koszulkach... W sumie nie powinienem się przejmować, potrzebuję więcej tańca a mniej fitnessu, kolana czują różnicę na plus, a przecież składam się teraz z czterech żeber i trzech ścięgien, nie powinienem tak cisnąć jak u TDM miesiącami.

Więc Salsation. Niewygodne, bo nie ma w Zdroficie trzysta metrów od bloku, ale... Ależ to był doskonały pomysł! Znów jest super trudno, bo choreografie są trochę bardziej złożone, znów jest super trudno, bo są też o wiele bardziej techniczne, zaczyna się to od izolacji, co i rusz są jakieś falki, które wreszcie zaczynają mi jako tako wychodzić, ale jest też z milion ruchów których nic a nic jeszcze nie rozumiem. I muzyka też ciekawsza. Uwielbiam, to jest nowy priorytet, obok szkoły tańca naturalnie. Tu z kolei jakoś mniej mi ostatnio siedzi Reggaeton, wolę Commercial, ale trudno opuścić Cudowną. Może to trochę kwestia dopłat, z poprzednim karnetem na zajęcia miałem taniej.

W szkole tańca część koleżanek nie odpowiada mi ostatnio cześć, Salto, MonkeyG, Tańcząca z Kamerą też jakaś oziębła, trochę mam wtf, może nie trzeba było rzucać Cudownej tego info, że przechodziłem sprawy sercowe ostatnio. Nieeeeee, przecież po co by miała komuś rozpowiadać, wydaje mi się. To są dziewczyny w których oczywiście jestem za każdym razem zakochany, kiedy widzę jak cudownie tańczą, no ale nie rozmawialiśmy nigdy przecież. Nie ma powodów do przejmowania się. W niedzielę robimy drugi raz choreografię, która chyba jako tako mi wchodziła już na pierwszych zajęciach, mam zamiar wymiatać!

W szkole tańca byliśmy ostatnio też na integracyjnym seansie filmowym, zgadaliśmy się z Wiedzącą Czego Chcącą i jej nażeczonym, był Asterix Misja Kleopatra, był KIiller, chyba było fajnie, choć okazało się oczywiście że nie jest to miejsce na poznawanie kogokolwiek. Sami samotni informatycy wokół, nawet gdyby był ktoś do poznawania, to z chłopaków są lepsze partie niż ze mnie. Przynajmniej wiem po co tam poszedłem, it's something.

To kłamstwo, niestety, jeszcze ze mnie nie zeszło, czasem w sekundę nagle się okazuje z niczego, że jestem w kawałkach i muszę złapać kilka oddechów żeby się poskładać i nie wyć. Brzmi to prawie jak z książki, zacząłem (ponownie, po dwudziestu latach z hakiem, bo kiedyś nie skończyłem) Malazańską Księgę Poległych, składał się tam jakiś starożytny tyran w walce ze smokami, kiedy go rozwalały w drzazgi. Gamers don't die, they respawn, mam na jednej z koszulek.

Żałuję że przegapiłem w grudniu pokaz, z ubiegłorocznej grupy została tylko jedna koleżanka. Obiektywnie to chyba lepiej, tj. dałem sobie na wstrzymanie jak się źle czułem w listopadzie, robię takie rzeczy z trudem, no ale pokaz w szkole tańca to fajny challange, pierwszy był świetną przygodą. Dziś śniło mi się, że mamy pokaz i zapomniałem całej choreografii, bo kićkają mi się wszystkie na lewo i prawo, skoro w ciągu tygodnia przerabiam teraz po kilka. I mimo tego próbowałem tam wejść, wystąpić, nie poddać się. Nic więcej z tego snu nie pamiętam.

I na razie mogę o tym opowiedzieć tylko tutaj, I guess.

Ona, co jej się śniło, opowiada przez telefon mamie.

W końcu ta urocza salsa na zajęciach jest do "We don't talk anymore". Like we used to do, jeszcze ten miesiąc temu, opowiadając sny i głupoty przy stole w kuchni. Daniel Craig, którego poprosiłem o wsparcie na drugi dzień po koszu, żeby się móc rozsypać w drzazgi na chwilę przy kimś ("What it sounds like" z ostatniej chwili w niebie ma to "broken glass"), powiedział coś tak ślicznego i mądrego - że z tego może być mocniejsza przyjaźń.

Prawda?

Na razie czasem rozmawiamy o pogodzie. Ale skoro o to chodzi, że ja mam przestać tęsknić, to pewnie tak musi być.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

S05E16 Dark Side of the Moon

 Zastanawiałem się tam kiedyś przez chwilę, kiedy oglądaliśmy serial, jak wyglądałoby moje niebo, jeśli miałoby być wyobrażone zgodnie z wizją z uniwersum. Nie jestem przekonany, czy ta wizja do mnie przemawia, tj. może to jednak jest jakoś mało kreatywne, żeby niebo odtwarzało najszczęśliwsze chwile z życia. Przy skali zjawisk proponowanych przez różne religie na pewno mógłby się tam ten główny szef mocniej postarać i zaoferować coś nawet lepszego.

Z drugiej strony - nie znamy nic lepszego od życia, a nieba wcale nie ma, więc tak się zastanawiałem, kiedy było moje niebo na ziemi.

W związku z kotem atakującym stopy i kradnącym skarpetki, wraca czasem temat tego kto może być stópkarzem (oczywiście nie znałem tego określenia wcześniej, no ale spodziewamy się, my, ludzie grający w Dark Souls, że pewnie Miyazaki jest) i przez to skojarzenie już wiedziałem.

Nie no, nie jestem stópkarzem, ustalono od razu, że jeśli co tam robią stopy przestaje być interesujące po przejściu do rozbierania, to wtedy się nie jest. A ja mam takie wspomnienie z wieczoru w kawiarni przy Ząbkowskiej, które zaczyna się od stopy kusząco przesuwającej się po mojej nodze i wiem że wkrótce wrócimy do mnie i nie będziemy w ogóle myśleć o tej stopie, bo prędko przejdziemy do rozbierania, ale jednocześnie tu i teraz ona jest tak szczęśliwa i roześmiana, i zadziorna, i swobodna, i jasna, i patrząca z takim błyskiem w oku, i pewna siebie i wciąż jeszcze nas

(sporo później myślałem że może się mnie wstydzi, a do tego nie lubiła jak goliłem zarost, bo wyglądałem za młodo - kilka lat później mam odwrotne problemy);

wciąż jeszcze, mimo że to musiało minąć kilka wspólnych

(na tyle na ile się dało, it's complicated)

lat, jak tej pierwszej nocy, kiedy tańczyliśmy i jeszcze nie wiedzieliśmy że wkrótce będziemy u niej bardzo niewprawnie rozbierać się i całować

(a kiedy uciekła mi z ramion przy zaproszeniu do tańca, to wiedziałem że jest po nas),

bo w sumie nie tak dawno nam wyszło, że nic z tego...

Nie pamiętałem już o tym starcie od "nic z tego" za bardzo, to zły trop, wyrzuć to z głowy. O tym pamiętaj, że niebo to było jej szczęście.

Powtarzam sobie czasem w głowie taką mantrę - jestem dobry, wdzięczny, niczego nie oczekuję. Tylko w tym ostatnim trochę się okłamuję, myślę, wierząc wciąż jednak, że to jest dobry, stoicki jakoś, trop. Nie dlatego, że pesymiści mają w życiu mniej rozczarowań, jak powtarzałem kiedyś, tylko dlatego że te dwie pierwsze rzeczy są o wiele ważniejsze. No i to lepsza mantra na bezsenność niż "zasnąć, umrzeć" z czasu bycia nastolatkiem, prawda?

A jednak niebo, albo, to ważne ostatnio, dom, albo obie te rzeczy razem wzięte, czyli chyba spełnienie marzeń o których nie wiedziałem że je mam, dopóki się nie wydarzały i nie jebały równolegle, to są ludzie. Jak zyskać tę kombinację, jeśli się nie oczekuje nic od nich?

Na szczęście można mieć w uniwersum serialu więcej niż jedno niebo, więc zanotuję sobie to drugie. W końcu to wszystko co po nim zostanie.

Przez pokój z siłą tornado przewala się kot, już na tyle wyrośnięty, że żadna półka nie jest zbyt odległa na jego kocie parkour. Czasem trzeba go odgonić od kwiatków na parapecie, bo lubi zaczepiać te pnącza. Oglądamy film animowany, to ja go kiedyś zaproponowałem, ale to ona zaproponowała że to dziś.

Ja w ogóle nie chciałem (znaczy od pewnego momentu chciałem, ale jednak z dużą ostrożnością i wdzięcznością wyrażaną drobiazgami kojarzonymi z tym czasem) jej się nigdy za mocno narzucać (nawet z randką jak widać narzuciłem się tak nieskutecznie, że nie rozumiała ocb), w większości to ona sugerowała wspólny czas przecież. Kłóciłbym się o tę statystykę aż do momentu, gdzie powiedziałaby, że już dalej nie ma siły się ze mną kłócić, bo czasem się i tak zaczepialiśmy w sprawach bez najmniejszego znaczenia. Na drugi dzień przyznałbym bez zająknięcia, że nie mam racji.

Powiedziałaby że jestem niezdecydowany. To nieprawda. Spośród znanych mi ludzi najlepszy w miłość jest ten, który powiedział mi że to jest decyzja.

Ja z filmu znam jedną piosenkę, bo była na zajęciach. Ona zna wszystkie, widziała to już, więc czasem ogląda uważniej (mówi że uwielbia tygrysa i ptaka o trzech parach oczu i wtedy się okazuje, że zna więcej lore, którego nie widać w filmie wprost), czasem mniej, siedząc równolegle w telefonie czy zaczepiając kota. Gdyby się zgodziła na randkę, zrobiłbym jej taką kartkę z "save the date".

I śpiewa wszystkie te piosenki, i buja się, i tańczy na kanapie, mimo lekkiego zaplątania w koc i pozycji na wpół leżącej na ogół.

Nigdy się nie dotkniemy i nigdy nie zatańczymy (a myślałem że może jakby randka wyszła to west coast swing kiedyś, mówiła że chciała spróbować), jedynie ja jakieś przypadkowe gesty kierowane do kota wezmę do siebie z siłą tornado; czasem może przypadkowo samym czubkiem stopy spod koca, przewalając się z boku na bok na swoim krańcu kanapy, ale przecież w tej chwili to nie wymaga już żadnego więcej parkour ciał ani umysłu, ani serca, żebym miał niebo.

Dąsa się, kiedy jej przy napisach mówię, że śpiewa ładniej niż dziewczyny na przebitkach z produkcji. It's supercute.

sobota, 17 stycznia 2026

Ganbare Jellyous

 Zaprosiłem najcudowniejszą kobietę jaką znam na randkę i powiedziała że nichuja.

No to teraz przynajmniej wiem jak bardzo mi na niej zależy, bo to się najmocniej przecież wie, kiedy dowiadujesz się, że ona z miejsca już wie że nie.

Trochę była zła że naciskałem żeby dała mi tego kosza wprost, bo na początku chciała udawać, że nie rozumie, że "chciałbym zabrać Cię do teatru" to zaproszenie na randkę.

Jakoś rozumiem, że to jest próba zachowania status quo. Ale przecież ja nie mogę zachowywać status quo, jeśli wiem z pierwszej ręki, że osoba którą wpuści kiedyś do swojego życia będzie codziennie zakochiwać się w niej na nowo, kiedy będzie zamiast po prostu krzątać się po domu, tańczyć do wszystkiego co gra, śpiewać piosenki z filmem czy serialem, wyzywać kota od głupoli i kupować mu co i rusz nowe smaczki i zabawki, przekomarzać żeby z nią walczyć, wystawiając piąstki przed siebie, albo przekomarzać że czasem ma dziury w mózgu; mówić że niektóre sprawy trzeba po prostu przetrwać, bo nic innego się nie zrobi. Leżeć na podłodze w kuchni, bo spadła ze stołka, niezdara.

Nikt tak pięknie nie leży na podłodze po spadnięciu ze stołka.

Wszedłem tam po przygodach ze śniegiem, tego dnia kiedy tak nagle się zrobiło zimowo, wymęczony po podróży na wpół pieszej, bo ostatnie autobusy i tak dalej i było mi tak ciepło i dobrze, kiedy złapałem jej dłonie i pomogłem wstać; i o wiele, wiele zimniej niż tam skąd przyszedłem, kiedy nie mogłem ich przytrzymać.

Trzeba po prostu przetrwać to nichuja teraz, zanim ktoś dostanie to prawo, żeby zakochiwać się w niej na nowo każdego dnia, bo przecież wtedy będzie jeszcze trudniej.

Mam kłopot, żeby się pogodzić, że to wszystko złudzenia. Tylko pozory i iluzje, jak zawsze. Dlaczego kiedy chciałem poradzić się w sprawie zaczepki na siłowni, zrobiła coś niewyraźnego i jakby zazdrosnego? Po co mi tłumaczy, że kiedy wyjeżdża z miasta to na planszówki z przyjaciółmi a nie jakiś ostry clubbing? Dlaczego jej zależy, żeby mi wytłumaczyć, że jak śmiały się w głos z przyjaciółką, że facet to ma srać pieniędzmi i mieć potężne ramiona do noszenia na rękach, to gadały se takie o, głupoty. Co to, kurwa, litość i żal nade mną, zdecydowanie nie takim? Czy po prostu nie chce żebym myślał że jest pustą laską. Nigdy tak nie myślałem. Co się wydarzyło w Sylwestra, że miałem poczucie jakby była o coś zła (koleżanka na drugi dzień wiedziała o co chodzi, tak patrzyła, kiedy zażartowałem jakim jestem głupim chujem, ja wciąż nie wiem) i o czym nie chciała mi powiedzieć później, kiedy marudziła że z jakimiś myślami w noc to spała raptem trzy godziny a ja nie mogłem nic, stałem zaraz obok, nie mogąc ani drążyć, ani pogładzić po włosach, co zdawało się najpotrzebniejszą rzeczą - mnie, jej, pewnie mnie nawet bardziej.

Po jaki złamany chuj najpierw mnie spławiła a na drugi dzień pytała czy może jest jakiś inny termin. Don't do this to me, don't give me hope. Kobiety bywają brutalne, nawet jeśli, wydaje mi się, nieumyślnie.

Dlaczego musiała powiedzieć, że mógłbym jej robić kawę.

Wiedziałbym dokładnie jaka to ma być kawa - bardziej mleko z posmakiem, no ale właściwie sam pijam podobną. I płatki z jogurtem naturalnym, bananem, byle nie przejrzałym, na śniadanie.

Tak bardzo bym mógł, tak bardzo bym chciał.

Shit is difficult. Upieram się, walczę z samym sobą, że to nigdy nie jest zły pomysł, żeby zaprosić cudowną kobietę do teatru.

Mam kłopot, żeby pogodzić się, że to wszystko to złudzenia i bycie zupełnie przyzwoitym facetem, uważnym, troskliwym, czułym, zainteresowanym ale nie natarczywym, nie rokuje na przyszłość z kimś wcale a wcale, bo nie wystarcza nawet na jedną randkę. Chciałbym myśleć że wcale nie, ale shit is difficult.

Ganbare - podebrałem z serialu, czasem jej tak mówiłem. Ganbare, szepczę sam sobie, bo shit is difficult. Trzeba po prostu przetrwać.

niedziela, 17 sierpnia 2025

Pomiędzy galaretką a zazdrością

Koniec Krańca Świata

Dwa tygodnie na Krańcu Świata miały przynieść jakąś ulgę obolałym kolanom, ale oczywiście prawda jest taka, że ja potrzebuję dwóch tygodni przerwy od zajęć w ogóle, a nie wolnych weekendów, żeby jakoś wypocząć. Kłopoty ze snem przestałem zwalać na emocje mające w mózgu wyższy priorytet niż leki, wróciłem do oskarżania księżyca, bo przecież była w tamtej okolicy pełnia.

No i prawie wojna była, tj. buczało i szumiało i warczało wiele nocą za oknem, bo przecież za Wisłą ćwiczyli do parady na piętnastego sierpnia.

Mam wyrzuty sumienia, obiecałem chłopcom, że zbuduję im z LEGO mechy, ale zbudowałem tylko jednego i na dobrą sprawę nieco byle jakiego, tak o, żeby coś zostawić. Nie chce mi się, tj. ja mam delikatne zapędy modelarskie w tych sprawach, na pewno umiałbym o wiele lepiej, ale to wymagałoby przewalenia i przesortowania trzech wielkich pudeł klocków - robota bez sensu, skoro chłopcy to i tak rozprowadzą po powrocie. Trudno, trzeba zostać bogaczem i może zacząć mieć swoje własne, poznane, posortowane klocki.

Trzeba było sortować w bezsenne noce może?

Nie, nie, poczytałem książkę, jestem wreszcie za połową tego tysiąca stron "Drogi Królów". I podrzuciłem ją też Tacie, ucieszył się, kojarzy Sandersona jako autora kończącego cykl "Koło czasu".

W ostatni dzień wyprowadzałem się na dwa razy, najpierw autobusem z kilkoma torbami i plecakami, później wróciłem po rower. Po drodze były zajęcia zastępcze za Commercial, tj. Reggaeton Bodymovement z obcą grupą, bo Cudowna miała urlop jeszcze. Instruktorka (niech będzie "Zakresowa", się potrafi tam w tańcu wygiąć lepiej jak niejedna joginka) lubi nas odkleić od lustra i przymusić do przerażających ćwiczeń bez podglądania samego siebie. Straszno-śmieszne, kiedy staję naprzeciw dziewczyn w parach ćwiczeniowych i mają więcej stresu z patrzenia w oczy niż ja sam. Ale też wiem że to mega potrzebne, ogarnianie bez podglądania. Podobało mi się, a z jedną wyszliśmy ze szkoły razem, ma samochód udekorowany w sowy i żaby. Urocze. Może jeszcze kiedyś dostanie xywkę.


Obieraczka

Nie mam pojęcia dlaczego to takie ważne, że trzeba zapisać, ale mnie śmieszy. Są takie kuchenne obieraczki do ziemniora czy marchewki, ja mam upodobanie do pionowych, nie znoszę poziomych, przez całe dwa tygodnie przeklinałem na głos tę okropną poziomą obieraczkę z Krańca Świata. Aż przedostatniego dnia nauczyłem się jej poprawnie używać. Jakby nie dało się tego od razu przemyśleć,  biorąc ją w dłoń, oglądając, tylko z miejsca złość, że nie działa jak to do czego jestem przyzwyczajony. Na pewno można z tego zrobić jaką filozoficzną powiastkę. A jeśli nie, to po prostu nauczyłem się nowego skilla, będzie we mnie o obieraczkę mniej nienawiści do świata.


Kawa Shroedingera

Skakanka-Tank-Girl jednak wróciła na zajęcia, nawet trochę chyba mogę powiedzieć, że mnie zaczepia, mało tego, zawdzięczam Damie Pchełek że mnie zaczepia. Dama Pchełek miała tę swoją różową koszulkę zumbową, zazdrościłem, na następne zajęcia przyszedłem w różowej też, tylko takiej zwykłej. No ale różowej. Więc Skakanka zdejmuje dres, cała tego dnia na różowo się okazuje i mówi, że jesteśmy zmatchowani kolorami.

Zagadałem ją po zajęciach, mam mieszane uczucia, tj. nie czuję za dobrze, o co tu chodzi, że czeka na mnie do wyjścia, ale jakby próbuje się rozejść przy zejściu do metra, bo pewnie jadę gdzie indziej. Nie jadę, mamy tylko jeden peron zresztą, a na peronie przeprasza, że odpisuje w telefonie ("to nieuprzejme, ale obiecałam koleżance" to może jednak jej coś zależy) i jeszcze jedziemy sobie kilka stacji wspólnie, rozmawiając w sumie o niczym. Pewnie nie zadaję za dobrych pytań, mam wrażenie że nie dowiedziałem się o niej za dużo.

A może ciężko zadawać dobre pytania, jeśli zastanawiam się czy na palcu serdecznym prawej dłoni nosi obrączkę, czy po prostu coś.

W każdym razie przeżyłem i to też jest jakoś do przodu. Nie będzie już chyba stresu w tych rozmowach, jeśli jakieś nadal będą. Ale z kawą to na razie nie będę szarżował, niech może jakaś rozmowa wcześniej dotrze w jakieś miejsce, również w temacie ewentualnego posiadania męża.

Miałem dzień wcześniej wrażenie, że kręci się wokół mojej ławeczki na przystanku dziewczyna tak jak kręci się kotka Furia na Krańcu Świata, nie podejdzie za blisko, tyle że na wyciągnięcie ręki, żeby ją pogłaskać i poklepać (co lubi nawet bardziej). Nie przyglądałem się za mocno, wciąż przekonany że kogoś zaproszę na kawę za chwilę (głupiś, można zaprosić kogoś i kogoś, to legalne, nie masz piętnastu lat przecież), może to ktoś z przeszłości? Mieszkałem kiedyś na Białołęce w tym kierunku. Było tam trochę poczucie, że dzieje się coś niebezpiecznego. Więc  zamiast przyjrzeć się sprawie we wspólnej podróży autobusem, składałem rolkę z zajęć w telefonie. I dopiero na wylocie zauważyłem, że w międzyczasie przysiadła się jeszcze bliżej i naprzeciw mnie.

Tchórz, Furia to by była super xywka również dla dziewczyny.

Wolę takie paranoje niż te że mnie nie lubią ludzie.

Za to Tańcząca z Kamerą ze Szkoły Tańca pamięta, że miałem okropną współlokatorkę, zapytała ostatnio, jak z tym poszło. Już po wszystkim! Wcześniej ja pytałem, czy jej wróciła wena, bo opowiadała, kiedy przespacerowaliśmy się z PsiorkąZ, wychodząc kiedyś ze szkoły razem, że lubi malować, ale coś nie idzie ostatnio. Przypomniałem sobie, że mnie nie idzie pisanie, ale ponieważ nie chcę go porzucić, to są te blogi, żeby było cokolwiek - bo może czasem proces jest ważniejszy od efektu (to samo można powiedzieć przecież o moich osiągnięciach tanecznych). Miałem po tamtym spacerze wrażenie, że źle wypadłem, bo przybiła mi na pożegnanie żółwika. Ale mogła też słyszeć w szkole, że nie przepadam za dotykiem z obcymi ludźmi.

Możliwe że tu jest do kawy najbliżej mimo wszystko.


Jellyous

Ponieważ Salty najwyraźniej uważa mnie w życiu za koło zapasowe, zdarza się, że zwraca się do mnie o towarzystwo, kiedy akurat całe normalne towarzystwo się wykruszy. Bawi mnie to, prawie raz poszliśmy do kina, kiedy koleżanki odpuściły, ale w ostatniej chwili ktoś się znalazł. No ale już na zajęcia z K-popu to jednak akurat nie było nikogo. A ja lubię te taneczne harce i już z miesiąc temu jak nie dalej obiecałem, że też pójdę.

Przede wszystkim miałem poczucie, że ludzie na miejscu oszukują, bo znają piosenkę. Większość nie oszukiwała jednak na tyle dobrze, żeby ogarnąć układ, uff, nie odstawałem za mocno od średniej. Korci mnie żeby się nauczyć, mimo wszystko tego kawałka, bo wiadomo, wlazło na ambicję jakoś. A oprócz tego że druga ósemka była mega szybka, to powinno leżeć w granicach możliwości.

Ale najlepsza chwila to jednak była od razu po wysiadce z tramwaju, kiedy spojrzeliśmy na parę dziewczyn przed nami, na siebie i w tym samym momencie powiedzieliśmy sobie z Salty, że możemy iść za nimi, na pewno idą tam gdzie my.

Dla mnie wyglądały jak tancerki, takie w luźnych ciuchach, a Salty jeszcze do tego dostrzegła szczegóły w rodzaju przyszytego obrazka gwiazdy K-popu do torby - "swój swego pozna". Spodobało jej się, wykupiła karnet. Za to ja mam ciężką rozkminę, bo instruktorka środowych zajęć rezygnuje z mojej zwykłej szkoły i zaprasza na zajęcia we wtorki - tylko to są dwie z hakiem czy cztery stówki miesięcznie. Boli nawet jak się ma pracę, a co dopiero jak się nie ma.

Szczęście w nieszczęściu, pojawiają się opcje na multisporta od października, gdybym nie miał nic swojego w tym stylu. Pewnie trzeba będzie jakoś ograniczyć harce. Albo kupić karnet jedynie do szkoły tańca, to będzie 450, ale będę tam właściwie codziennie, czasem na kilka godzin przecież. Kalkuluje się.


Detox cyfrowy

Jedną z opcji na karnety jest Smorka, z którą widzieliśmy się w tym tygodniu po latach. Odezwał się jej mąż, czyli Katastrofa (przypomniałem sobie ich xywki wyszukiwarką, bo na blogu ostatnio występowali piętnaście lat temu!), że może byśmy się spotkali, zapraszają do Kuligowa nad Bugiem. Wydawało mi się, że ostatnio to jakoś jednak mniej dawno niż w rzeczywistości, pamiętam córę w łóżeczku dla niemowlaka, a teraz wygląda na dziecię w wieku wczesnoszkolnym, a do tego ma przerozkoszną siostrzyczkę, też już wyrosłą z kołyski. I było super, jakby w ogóle nie minęły żadne lata, dzieciaki w takim wieku, że uwielbiają jeszcze wujków, porysowaliśmy koty (na miejscu kot Szafir oswajał się z moją obecnością aż do wieczora), dostałem zaimprowizowaną na poczekaniu krzyżówkę, a nawet zamarkowałem że pływam w tym starorzeczu Bugu tam na zakręcie rzeki. Wszystko daleko od cyfrowego świata, a na drugi dzień po powrocie to samo, tylko tym razem wycieczka z rodziną brata do rodziców, gdzie w internet nie właziłem, jedynie książkę na tablecie pociągnąłem dalej. I przywiozłem pełen plecak jabłek z ogrodu od siostry,  pyszności!

środa, 6 sierpnia 2025

A śniło mi się że przesoliłem pomidory

Rozmawiałem ostatnio z lekarzem, że wróciły do mnie emocje. Te wzruszenia na ulicy, łzy napływające do oczu, przełykanie smarków. Może trochę za mocno, no ale to w gruncie rzeczy lepiej niż żeby ich nie było. Czytam "Drogę Królów" i też lekko chlipię jak się coś dzieje, choć akurat książki to są dla mnie wyciskaczami łez często i bez leków - "Hyperion", "Pozwól rzece płynąć", albo powroty do Feista, kiedy Pug dostaje nazwisko od umierającego Borrica, to mnie niszczy zawsze.

Mówię mu też, że te emocje to często nadpisują działanie leków, jeśli są jakieś gorsze, bo wprawdzie sypiam na tabletkach prawie jak zdrowy człowiek, nie wybudzając się w nocy, ale np. kiedy w domu była współlokatorka-żmija (sukces, wyprowadzona, choć zgodnie z przewidywaniami odmówiła zapłaty czynszu za ostatni miesiąc, taka to słowna i wiarygodna osoba), to wciąż się zdarzały problemy z usypianiem.

No a wczoraj się jednak posypało, jakaś emocja rozczarowania może to jest.

Obudziłem się po staremu, z półtorej godziny od kiedy usnąłem i przewalałem bez sensu ze dwie godziny z boku na bok, aż nie zaczęło widnieć. Wstałem, zrobiłem tosty, obżarłem się, dopiero dało się znów usnąć. Trzeba było zjeść od razu, ale przecież obżarłem się też przed snem. Są te nadzieja i złudzenie zawsze, że to tylko na chwilę i nie poczytasz, nie pograsz, nie zjesz, męczysz się.

Skąd to?

Skakanka nie chce dać się zaprosić na kawę, nie przychodzi. Wolałbym myśleć, że to przypadek, ale ponieważ nie umiem myśleć że nie wszystko na świecie kręci się wokół mnie, to myślę, że może ona myśli, że ją wtedy spławiłem jakoś. Przerażone zwierzątka też syczą i straszą, wydaje mi się, że nie syczałem, ale może jednak?

No i może to jednak powinna być Tank Girl. To są takie rzeczy zupełnie bez znaczenia, ale są to też rzeczy, które uwielbiam, jak mi się łączą w głowie, kosmiczne nitki zszywające nagle rzeczywistość w najmniej oczekiwanych miejscach.

Zamawiam sobie koszulkę "Tank Girl", fajne rysunki to są, był taki komiks kiedyś. Skąd ja to wiem, to nie wiem, może to jest jedna z tych rzeczy które zobaczyłem w dzieciństwie u kuzynów w Krakowie, byli supercool, mieli Transformersy, Lobo, Dreamcasta, albo może nawet nie u nich, tylko w klubie-domu-kultury gdzie nas kiedyś zabrali, gdzie grali w jakieś planszówki czy warhammery.

To bez sensu, ale co ja mogę innego niż wyeksponować nadruk na fotce podsumowującej zajęcia? Może ona nie obserwuje instruktorki na fejsie. Czy jest na fejsbuku grupa spotted-zdrofit/zumba?

No i grzebię sobie w internetach w sprawie "Tank Girl" i za chwilę okazuje się, że autor jest również projektantem Gorillaz, a ja dopiero co obczajałem koszulkę "Demon Days" w sklepie, zazdrościłem takiej typowi który wszedł kiedyś do szkoły tańca na recepcję, pytać o możliwość wystawienia galerii przed godzinami zajęć. To jest podejście dobre do życia, sięgać i sprawdzać. A komiksiarz od Gorillaz to Jamie Hewlett. No i nagle się Skakanka kojarzy z ulubionymi rzeczami, choć nie poszliśmy na kawę.

Chciałbym przeżyć tę sytuację zaproszenia i mieć jasność, czy się będzie czym przejmować (udawajmy przez chwilę, że nie przejmuję się już teraz), czy rozglądać się za kimś innym na kawę. Boję się w szkole tańca, bo tam jestem szczęśliwy i nie chciałbym żeby to jebło jak sen (nie dramatyzuj, to jedna noc dopiero), ale w sumie w tych momentach jak nie uciekam od myśli, że cały świat kręci się wokół mnie, to widzę tam te dziewczyny które w rozmowie wspominają o "samotnych wieczorach" albo pytają czy "chodzę czasem do knajp przy Ząbkowskiej".

A może one też już mają klarowną sytuację, czasem się ludzie mijają po prostu, c'nie?

No albo trzeba olać plotki ptasiego teamu i po prostu zapytać, czy ktoś ją tam zna jednak i ma jakieś namiary.

Wczoraj instruktorki mnie zagadały, dlaczego głównie na Gdański chodzę. Bo w sumie najmocniej lubię atmosferę, a do tego w Koneserze niezbyt mi pasują godziny ostatnio. Nie mówię, że jeszcze chciałem stąd kogoś zaprosić na kawę, może powinienem? Gdyby to była sama instruktorka Danse Macabre, to może jeszcze, ale nie przy Damie Pchełek, ech.

Dama Pchełek pisała do mnie na insta później, choć przestała mi kiedyś odpisywać na fejsie, a za chwilę laski plotkowały że ja komuś jakieś przykrości robiłem, bo sobie próbuję rozliczyć kroczki w ósemce. Przeszedł mi już wkurw i rozczarowanie, mam tę relację zresetowaną i wolę trzymać dystans. Zgrabnie ktoś o niej powiedział, że sama "żongluje dystansem". Ta kawa to może mogła się wydarzyć z rok temu, albo jeszcze pod koniec zeszłego, teraz już nie ma szans.

Ale różową koszulkę zumbową to niech mi załatwi! Wiedząca mówiła, że mi do twarzy w różu.

Co ja mam z tymi t-shirtami ostatnio, nie mam kasy na takie pierdoły przecież. Mam w tym tygodniu trzy CV do przygotowania pod jakieś oferty pracy które wpadły w oko. Do it!