czwartek, 5 lutego 2026

Soundtrack mojej ucieczki #2

 - Przegrzał mi się mózg na tej salsie - mówi do mnie, nachylając się specjalnie podczas tradycyjnego Kapitana Trenerka Danse Macabre. Nie szkodzi - odpowiadam, dysząc przy tych swoich pompkach, - Pewnie nikt oprócz mnie nie zauważył że zrobiliśmy w refrenie jedno kółeczko mniej. No i tym sposobem ja znam już chyba piątą wersję tej salsy, bo w tygodniu jak układ wchodził na sale, widziałem jego wykluwanie się przez cztery dni z rzędu.

To zawsze robi na mnie duże wrażenie, jak w trakcie zajęć TDM wymyśla układ, jedna z moich ulubionych piosenek - Sois Pas Timide - powstała tak jakoś od ręki niemal, choć ze wsparciem Trenerki Damy Pchełek. To znaczy "nie bądź nieśmiały", pewnie przydałoby się dziś po wyjściu z kerfa z taką z różowym szalikiem, aż się za nią odwróciłem, ale pomyślałem że akurat wyglądam jak menel za mocno, zła decyzja, wyjść na zakupy w dresie, tym bardziej że mam super płaszcz nowy, trzeba było w nim. Minęliśmy się znów za trzy minuty. Albo te dwa tygodnie temu, jak mi dziewczyna przy kasie na Placu Unii koniecznie chciała kliknąć aplikację, żeby zaproponowane przez kasjerkę promocje weszły, to mogło być nic, ale też ten uśmiech mógł być zaproszeniem do zaproszenia na kawę. Mężczyzna który nie zapyta to mężczyzna który nie wie, czyż nie? Albo w sobotę na pętli Młociny, stanęła trochę za blisko, a później w autobusie też zerkała.

Ech, za świeże wszystko, co już wiem, skoro zapytałem, c'nie?

Ale też myślę, że potrzebuję spróbować z kimś zupełnie, zupełnie obcym, właśnie zaczepionym w niespodziewanej sytuacji na mieście, skoro w miejscach w które chodzę regularnie, uciekam zapominać; łamane na być szczęśliwym. Po co psuć to relacjami (przecież na razie walczę ze sobą, czy warto mieć te emocje mimo wszystko), skoro zgrzewający się od trudnych rzeczy mózg na chwilę zapomina, a kiedy akurat się nie zgrzewa to jest jakoś tak wesoło i może nic więcej nie trzeba oprócz wejścia w przygody z serwisów randkowych.

Różyczka mówiła że tam się koleżanki umawiają na "ruchańsko". Nie umiałbym? Czy może jednak? Nie, za mało pewności siebie, no i ta świadomość, że ciało nie działa już tak samo jak kiedyś.

Ostatnio w nowym miejscu na Gocławiu koleżanka pytała czy znam tytuł piosenki z rybą. Przecież znam, przecież to moja ulubiona od Trenerki Danse Macabre, tj. przemyca czasem na swoją Zumbę piosenki z czasu jak robiła Salsation i one zawsze są dla mnie za trudne, i stają się ulubione, więc "Loin" mam w topce. To znaczy "daleko" (ucieknijmy gdzieś) i kiedy powtarza się tam ten filet, czyli "fidel", to śpiewają, że będą sobie wierni. Może warto zwrócić na koleżankę uwagę, wyczaić jak ma na imię, jak i na koleżankę która z zaciekawieniem komentuje moje nadruki na koszulkach, jesteśmy znajomymi na insta.

W końcu nikt nie oczekuje dziś mojej wierności, c'nie? Wręcz najważniejsza lekcja lat dwudziestych to było nie pozostawać wiernym złudzeniom odnośnie osoby która wprost powiedziała coś na kształt "nichuja". Czy na pewno ją odrobiłem?

W każdym razie właśnie tak trafiłem na Salsation, w końcu, przez te piosenki ulubione u Trenerki Danse Macabre i przez sugestię rzuconą przez koleżankę z Konesera, żeby iść sprawdzić, przez co koleżanek z Konesera praktycznie już nie widuję, no i trenerkę Danse Macabre też mniej. Ale też trochę z - pogodnej, żeby nie było - rezygnacji, kiedy na Gdańskim laski znów mnie przestawiały po sali i jeszcze zamiast powiedzieć cokolwiek na kształt "dziękuję że mi ustępujesz ulubionego miejsca", to "sorry, typie". No to następnym razem jak zobaczyłem przy zapisywaniu się na zajęcia Salsation o tej samej godzinie, poszedłem na Salsation. A TDM mówi mi na koniec zajęć, że przyjdź jutro, ostatnio mnie pochwaliła, bo na insta podliczam w tym roku zajęcia, jakoś mi głupio, że nie jest to już dla mnie priorytet jak kiedyś, więc zamiast na Gdański (gdzie nigdy nie zaczepiłem Śpiewającej, choć pewnie należało było, skoro ze Skakanką wyszło coś tak dziwnego, że się nie odzywamy) idę na Salsation do koleżanki komentującej nadruki na koszulkach... W sumie nie powinienem się przejmować, potrzebuję więcej tańca a mniej fitnessu, kolana czują różnicę na plus, a przecież składam się teraz z czterech żeber i trzech ścięgien, nie powinienem tak cisnąć jak u TDM miesiącami.

Więc Salsation. Niewygodne, bo nie ma w Zdroficie trzysta metrów od bloku, ale... Ależ to był doskonały pomysł! Znów jest super trudno, bo choreografie są trochę bardziej złożone, znów jest super trudno, bo są też o wiele bardziej techniczne, zaczyna się to od izolacji, co i rusz są jakieś falki, które wreszcie zaczynają mi jako tako wychodzić, ale jest też z milion ruchów których nic a nic jeszcze nie rozumiem. I muzyka też ciekawsza. Uwielbiam, to jest nowy priorytet, obok szkoły tańca naturalnie. Tu z kolei jakoś mniej mi ostatnio siedzi Reggaeton, wolę Commercial, ale trudno opuścić Cudowną. Może to trochę kwestia dopłat, z poprzednim karnetem na zajęcia miałem taniej.

W szkole tańca część koleżanek nie odpowiada mi ostatnio cześć, Salto, MonkeyG, Tańcząca z Kamerą też jakaś oziębła, trochę mam wtf, może nie trzeba było rzucać Cudownej tego info, że przechodziłem sprawy sercowe ostatnio. Nieeeeee, przecież po co by miała komuś rozpowiadać, wydaje mi się. To są dziewczyny w których oczywiście jestem za każdym razem zakochany, kiedy widzę jak cudownie tańczą, no ale nie rozmawialiśmy nigdy przecież. Nie ma powodów do przejmowania się. W niedzielę robimy drugi raz choreografię, która chyba jako tako mi wchodziła już na pierwszych zajęciach, mam zamiar wymiatać!

W szkole tańca byliśmy ostatnio też na integracyjnym seansie filmowym, zgadaliśmy się z Wiedzącą Czego Chcącą i jej nażeczonym, był Asterix Misja Kleopatra, był KIiller, chyba było fajnie, choć okazało się oczywiście że nie jest to miejsce na poznawanie kogokolwiek. Sami samotni informatycy wokół, nawet gdyby był ktoś do poznawania, to z chłopaków są lepsze partie niż ze mnie. Przynajmniej wiem po co tam poszedłem, it's something.

To kłamstwo, niestety, jeszcze ze mnie nie zeszło, czasem w sekundę nagle się okazuje z niczego, że jestem w kawałkach i muszę złapać kilka oddechów żeby się poskładać i nie wyć. Brzmi to prawie jak z książki, zacząłem (ponownie, po dwudziestu latach z hakiem, bo kiedyś nie skończyłem) Malazańską Księgę Poległych, składał się tam jakiś starożytny tyran w walce ze smokami, kiedy go rozwalały w drzazgi. Gamers don't die, they respawn, mam na jednej z koszulek.

Żałuję że przegapiłem w grudniu pokaz, z ubiegłorocznej grupy została tylko jedna koleżanka. Obiektywnie to chyba lepiej, tj. dałem sobie na wstrzymanie jak się źle czułem w listopadzie, robię takie rzeczy z trudem, no ale pokaz w szkole tańca to fajny challange, pierwszy był świetną przygodą. Dziś śniło mi się, że mamy pokaz i zapomniałem całej choreografii, bo kićkają mi się wszystkie na lewo i prawo, skoro w ciągu tygodnia przerabiam teraz po kilka. I mimo tego próbowałem tam wejść, wystąpić, nie poddać się. Nic więcej z tego snu nie pamiętam.

I na razie mogę o tym opowiedzieć tylko tutaj, I guess.

Ona, co jej się śniło, opowiada przez telefon mamie.

W końcu ta urocza salsa na zajęciach jest do "We don't talk anymore". Like we used to do, jeszcze ten miesiąc temu, opowiadając sny i głupoty przy stole w kuchni. Daniel Craig, którego poprosiłem o wsparcie na drugi dzień po koszu, żeby się móc rozsypać w drzazgi na chwilę przy kimś ("What it sounds like" z ostatniej chwili w niebie ma to "broken glass"), powiedział coś tak ślicznego i mądrego - że z tego może być mocniejsza przyjaźń.

Prawda?

Na razie czasem rozmawiamy o pogodzie. Ale skoro o to chodzi, że ja mam przestać tęsknić, to pewnie tak musi być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.