Jak pięknie zaczął się listopad, wolny poniedziałek, no jasne, to nasze prawo gwarantuje taką wolność, ale piętnastu stopni ciepła niestety nie, więc tym bardziej należy docenić. Pojawiły mi się w głowie złote litery, najpierw czytałem o takich literach, kiedy w kryzysowych sytuacjach Pug rzucał potężne zaklęcia, później opowiadał o nich Harry Haller - niebiańskie interwencje. Mnie napisało się nie siedź na fejsie, idź na rower i tak też uczyniłem, a nawet uczyniłem zdjęcia w trakcie. I było to dobre.
Staram się nie oglądać prognoz, zaklinam sobie, żeby się tak do weekendu utrzymało, już bliżej niż dalej, to może rowerem odwiedzę Cytata. W tygodniu oczywiście praca, a że zmienił się czas, to do życia zostaje wyłącznie ciemnica. Mówią, że niedobór światła powoduje jakieś stany depresyjne (z szacunku dla tego ich paktu nie czytam nic, co publikuje się o chilijskich górnikach już po wyciągnięciu, może na wyrost, może jednak się nie wygadują), to wprawiam się, zamiast BSS słuchając Joy Division. Zanosiło się na to już tydzień lub dwa wstecz, kiedy grali na zmianę i nawet brat stwierdził, że to ma sens, kiedy jest takie zimne - zgadza się, przecież mówią o tym cold wave. A point of view creates more waves.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wiesz o nich o wiele więcej, niż ja będę kiedykolwiek wiedział. Myślę, czy nie kupić tej książki, kiedy przed rokiem słuchałem trochę Dżemu, to pożyczyłem od kolegi książkę o Riedlu i ona wyjaśniła sporo rzeczy. Nawet mogę czasem - no dobra, zawsze, kiedy tylko mam okazję - mrocznie błyszczeć, kiedy ktoś lubi Małą aleję róż, bo z tekstu wcale nie wynika, że jest o ucieczce w narkotyki. Chętnie poczytam, co też ludzie piszą o Brytyjczykach, na pewno mają powszechny szacun, bo to jedna z nazw, które po prostu obijają się o uszy, choćbyś miał muzykę w poważaniu. Mnie na pewno się obijała, kiedy jeszcze miałem muzykę w poważaniu, a kiedy już nie miałem, to musiał przyjść kolejny listopad, żebym słuchał.
Bo miejsce na dysku to zajmują ze trzy lata, zassałem hurtowo, kiedy siedziałem podpięty do osiedlowej sieci u Katastrofy. Wcześniej czytałem, że niektórzy nauczyciele rozpoznają okładki ich płyt, no dobra, może też się kiedyś zdecyduję na płyty, żeby móc się na temat okładek wypowiedzieć. I taka wkładka z tekstem jest wygodniejsza niż internet jednak. Choć słowniki wygodniejsze są w internecie, a ja często muszę posiłkować się obiema rzeczami. Cóż, zobaczymy. Później musiał być film, którego nie oglądałem, a który kwitowano jakoś w ten deseń: typ się zabija, bo nie wie, którą laskę ruchać. No to chętnie go obejrzę. A później ktoś zacytował Iana Curtisa, że najszczęśliwszy w życiu był, kiedy pracował w fabryce przy jakiejś taśmie, coś w tym stylu. Dlaczego? Bo przez cały dzień marzył.
To wszystko są odciskające się po ciemnej stronie mózgu złote litery, które mają w odpowiednim momencie wyskoczyć i pokierować mną.
Pewnie nie pracował tam zbyt długo, wikipedyści nie uwzględniają tego epizodu w swoich artykułach. Ja bym uwzględnił, bo czuję pewne wstydliwe pokrewieństwo, sam zaczynałem karierę od takiej mało ambitnej roboty - dziewięć czy dziesięć godzin przez dziesięć dni w cukierkowym królestwie. To nawet nie była promocja w markecie, to było zwykłe stoisko, z tych chamskich, po środku arterii. Miałem odblaskową kamizelkę i nie musiałem nikogo nagabywać, tylko chodzić w kółko i ewentualnym chętnym ważyć cukierki, w razie potrzeby skoczyć do magazynu po uzupełnienie. Nawet nie usłyszałem zbyt wielu marketowych historii, w które nie ma się ochoty wierzyć. Jedną o rzyganiu do cukierków - No, przysypałem później. Nic to, mojej historii, że w tej karierze nie podjadłem ani jednej Malagi, Tiki taka, czy Kasztanka też za bardzo nie chcą wierzyć. Ja z kolei nie mogłem uwierzyć, kiedy mi ludzie podjadali, tacy zupełnie zwykli, siwiejący pan z wąsem, patrzył z takim wyrzutem, jakbym powiedział coś dosadniejszego niż - No wie Pan...
Jak nie pasuje ci system, to weź się postaraj o odpowiednie pierdolnięcie, a nie mi cukierki podkradasz, fagasie.
A ja nawet tego nie pomyślałem wtedy, patrzyłem tylko i to wystarczało. Czasem się cieszyli jak dzieci, a jeden próbował drugi raz. Ciekawiej było, kiedy typ z Ameryki pytał o możliwość serwisowania roweru, na szczęście dałem radę bez słownika. Jaki samotny musiał czuć się w tym kraju, skoro wrócił do mnie na drugi dzień jeszcze o coś pytać, jakby nie było nikogo innego.
Co ja miałem robić w tej pracy przez całe godziny, jak nie marzyć? Tak, liczyłem kafelki, już nie pamiętam, ile obwodu miało stoisko. Dwa na dwa metry jakoś. Nic tylko płynąć z jakimś tematem, niespodziewanie powracające historie, wywracające się historie, prawie jak nocne majaki. Rozciągnąć te mózgowe zwoje i łupać jak w membranę. Wywiesić jak banderę na wietrze.
Płyniemy w żaglach wyobraźni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.