Kiedy jechaliśmy na koncert, pogoda zachowywała się niezbyt wyraźnie, takie siąpienie, wsiadałem do samochodu przez kałużę. Niektórzy mi mówią, że jest paskudna, ja sobie mówię, że pogoda mnie nie rusza jednak, a nawet mam trochę frajdy z miejskich kolorów w ciemności - pomarańcze, pomarańcze! Brat zaparkował przy Pasteura, był czas, ale przyspieszyliśmy kroku, bo było też zimno. Może to skądś przywiało, może jakaś inna gęstość albo ruch powietrza, bo dzień wcześniej wracałem o tej porze z pracy i było spoko, a termometr niby też mówił ponad dziesięć. Przed och teatrem wielka dmuchana reklama, ni w pięć ni w dziesięć to, choć też pomarańczowa. W środku faktycznie teatr - przestrzeń i ludzie wyglądający nie do końca koncertowo, siedzący w kawiarence (herbata po 12 złotych, nie wiem jak latte), scena jak z filmowego wernisażu (prawdziwego nie widziałem). Kobiety grały poprzednio w Warszawie przeszło rok temu, chyba, że coś przegapiłem. Grały w nieodżałowanej Jadłodajni - ja się na tyle nie zdążyłem przyzwyczaić, żeby żałować, ale tak się mówi, to okej - i Nawrocki marudził wtedy w stylu to koncert za dychę, czego się spodziewacie? Myśmy na koncert nie marudzili wcale. Mnie się szalenie podobało, a ponieważ jestem najmniej osłuchaną osobą w towarzystwie, rozumiemy przez to, że było - hadzia! - epicko.
Albo zajebiście, albo ekstra, albo po prostu fajnie, dobierz sobie słowo.
Oczywiście geneza tej miłości jest bardzo prosta, jest to miłość własna, nie ma możliwości, żeby nie podobała mi się piosenka z tekstem jestem super sam, wystarczający.
Założę się, że wczorajsze koncerty były jakoś ustawiane specjalnie, zresztą sam wodzirej (nie chce mi się szukać, kto zacz, ktoś z Radia Roxy) w niby to rozmowie z Tymonem przyznawał to. Trawiliśmy go, rozumiejąc, że to leci do radia i pewnie dla radiowego słuchacza jest całkiem ciekawe, kiedy opowiada o występujących postaciach. Tymon za to wyglądał, jakby bardzo się powstrzymywał, żeby z niego tam publicznie nie pompować, kiedy go wołał po występie na scenę, bo mieliśmy porozmawiać.
Ciężka robota, wywoływać do rozmowy Tymona, który odpowiada - Słuchaj, po koncercie zostało mi 20 IQ, nie mogę odpowiadać na tak trudne pytania.
Tak naprawdę to ja wciąż nie jestem pewien, czy to na pewno Tymon, bo wszystkie wizerunki, które kojarzę, przedstawiają kudłatą postać, a ten tam był taki zupełnie bez kudłów. Do tego - jakem niedzielny słuchacz - pewien jestem tylko, że dłubał w Weselu i przedstawieniu, którego nie widziałem, a jak wyglądał wodzirej też nie pamiętam. Więc na pewno ostrzygł się specjalnie, żeby mnie skołować. Oczywiście wiedział, że nie byłoby to do końca fair, więc w ramach fajnego koncertu dołożył mi do zestawienia internetowych piosenek Wirtualną miłość, która ma wiele więcej sensu, niż oczerniane tu niedawno Bobry, a wypuszczono ją ładnych kilka lat wcześniej (2001). To wciąż jeszcze czas połączeń telefonicznych, liczenia minut i impulsów, a do tego ten słynny wirus I love you, same prawdziwe rzeczy. Ja dostałem niespodziewany list o tytule I love you gdzieś w 2008 i z miejsca chciałem skasować, ale na szczęście za chwilę zorientowałem się, że koleżanka ma fazę na T.Love.
Nawrocki był grzeczniejszy niż w Jadłodajni, wszystko zagrali bardzo grzecznie, nawet kiedy w połowie Przygody na Helu wstawili kilka fajnych minut fazowania, a Karol wyciągał nie wiadomo skąd różne takie grzechotki. Nawet zadziorny przecież Bi Automat był grzeczny i w ogóle dla mnie było za krótko, nawet jeśli bardziej podobało mi się szarpanie sprzed roku. Nie było skąd wziąć setlisty, może brat uzupełni, jeśli coś przegapiłem: Pink Piguła, Doskonale Tracę Czas, Pif Paf/Bingo Bang, Dżuma, Marcello, Kaszubski Szaman, Przygoda na Helu, Bi Automat, We Are The Mutants. Mało, ale mają wrócić na wiosnę. Oby bez radia, jakie nie na miejscu stwierdzenie, jeśli takich właśnie zespołów miałbym w radiu ochotę słuchać.
Homosapiens za to nie byli wcale transmitowani i pewnie dzięki temu najbardziej oswoili teatralną scenę, bardziej nawet niż wcześniej Tymon, a Tymon się pokładał z mikrofonem i krzyczał do niego złoooo! Grzegorz (Ha! umiem na majspejsie sprawdzić wokalistę) podskakiwał jak Fred Durst w teledyskach. Jakby co, sorry Grzesiek, to nie ma być żaden pojazd, ja po prostu jestem z takiego pokolenia, że Twoje teledyski przegapiłem. Z tego co w necie na pewno grali The wheel i Ricardo i szczególnie ten pierwszy jest bardzo sympatyczny, kiedy jest w tym plumkaniu więcej dźwięku. Skutecznie przekładał przy tym mikrofon przy piruetach i nawet zrobił jednego fikołka. Fachowo zwie się to przewrót w tył, a że zrobił to nic przy tym nie przewracając, to nawet Tymon musiałby pokiwać głową z uznaniem. Kiwał, kiedy na scenę wyszły chłopaczki z The Power Outlet i robił to nie tylko dlatego, że gra tam jego syn, ale również, bo wcale ładnie grali te klasyki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.