poniedziałek, 15 listopada 2010

Skalpele, dissiki, rowerki

Gdyby ktoś się nade mną zastanawiał, co się dzieje i takie tam, to wypadałoby wytłumaczyć się, albo rzucić przynajmniej jakieś ładne łgarstwo - żeby napisać jedno zdanie, należy przeczytać tysiąc stron, jakoś tak. Nie da się ukryć, że z czytelnictwem się opuściłem, w autobusie wciąż Wilk stepowy, a to nie jest długa książka. Czytałem ją już, ale przecież jestem w zupełnie innym miejscu w życiu teraz, więc odczytuję lekko inaczej, nie będę zostawiał. Toż to nie Ulisses, ale jakby kto pytał, skąd wzięła się w mojej głowie pierwsza o książce Joyce'a wzmianka, to właśnie z okładki Wilka. Oczywiście muszę kiedyś przez niego przebrnąć, będę mógł przestać nad nim biadolić, albo może będę jakoś sensowniej biadolił, bo przecież nie może być tak, że samego siebie tutaj zaczynam zanudzać.

Główną atrakcją ostatniego tygodnia była Iwona.

Mam nadzieję, że zrobiłem wrażenie na przynajmniej jednym czytelniku, mam nadzieję, że nie każdy czytelnik od razu skojarzył ten syntezator mowy, tylko może pomyślał, że ma potwora jakiegoś amatora. Najpierw syntezowaliśmy coś ładnego, a później już coraz mniej ładne rzeczy, w ramach pomysłu na dissowanie się w pracowniczym gronie. Wiadomo, że pierwszy pojazd poszedł na mnie (do tej serii odnośników konieczny jest dźwięk), ale jestem z niego dumny, ponieważ zawiera jedną z najprawdziwszych rzeczy, jakie zdarzyły mi się na przestrzeni ostatnich lat - moją ziomalską ksywę. Kiero. No dobra, dla niektórych to jest jasne, że chłopaki, co to kopią piłkę, mówią tak do każdego trenera pewnie, to później do przełożonego też. Dla mnie to nie było jasne i jest ekstra. Nareszcie jestem ziomkiem z bloku, choć poza pfk nie znam nic.

Zakres tematyczny dissów szeroki: kiepskie fraszki na uzależnienia, amatorskie opowieści rowerowe, niepoważne zalecenia dietetyczne, eklektyczne miszmasze kinowe, a nawet utwory moralizatorskie. Oraz kilka mniej cenzuralnych, których nie przytoczę, gdyż i tak nie pytałem o zgodę na publikację nie swoich. Jeszcze by się bardziej obrazili. Zrobiło mi to humor na cały dzień, szczerze polecam, oczyszczające, terapeutyczne, mistrzostwo świata.

Nie wiem, czy nie będę musiał odszczekać, jeśli już kiedyś spotkamy się za garażami.

W sobotę organizowałem odwiedziny u Młota, już dawno obiecywaliśmy sobie obejrzeć wspólnie niezależne dokonanie holendersko brytyjskie: Human Centipede. Chciałem tu wzorować się na Głazie, który wybiera filmy do oglądania, dzieląc je na dwie kategorie: ocenione na filmwebie poniżej 4, oraz ocenione na filmwebie powyżej 7. Do tej pierwszej należał swego czasu (tak ze trzy lata temu) Shoot'em up, mistrzowska parodia kina akcji, którą pokochaliśmy wtedy od pierwszej marchewki. Później nie dowierzałem, kiedy czytałem dyskusje wokół filmu - dissowanego często w kategorii "poważnego" kina akcji. A może po prostu nie doceniłem czyjegoś poczucia humoru. Niestety, na Stonodze srogo się przejechaliśmy, na szczęście nie wpadło nikomu do głowy oglądać tego samodzielnie. Niby trailer mówił wszystko, ale oni musieli obejrzeć. To jest pewna cezura, kiedy śmierć i wszelką torturę mamy na początku XXI wieku opatrzone i oswojone, przechodzimy z cywilizacji śmierci do cywilizacji gówna. Nawet jeśli nie ma co brać tego na poważnie, to ja jeszcze nie umiem uczciwie, żywo, bez mdlącego ucisku w żołądku, żartować sobie z tematu. I nawet jeśli zmusimy się kiedyś do obejrzenia zapowiedzianej podobno kontynuacji, to tylko w ramach wstydliwej wspólnoty, która musiała się tego wieczoru zawiązać. Nie polecam.

Posiedzieliśmy jeszcze kilka godzin, bo okazało się, że będzie taksa, Guitar Hero, Buzz i pizza, to oczywiście tylko coś dla zajęcia rąk, bo głowy zaprzątnięte mieliśmy zwyczajowymi rozważaniami spraw damsko męskich, zdaje się, że ani razu nie pojawił się wątek kredytów mieszkaniowych - to pewne osiągnięcie. Wyszliśmy o trzeciej, jaka ta noc była ciepła, bezwietrzna, żeby tylko mieć rower i żeby tylko nie być aż tak pijanym. No ale ugadaliśmy się z Głazem, że pojeździmy nazajutrz, jeśli tylko dopisze pogoda. Pół godziny po dwunastej obudził mnie telefon od Bazyla, w tej samej sprawie. Obiecałem zebrać się przez godzinę i od razu napisałem też do Głaza, żeby się chłopak ogarnął, wstał, wyjrzał za okno, bo idziemy na rower. Zacząłem robić jakieś kanapki, szukać plecaka, takie tam.

Wtem!

Głaz odpisał, że on już bryka. Zdrajca!

Oczywiście wiem, że to ja go nie doceniłem, byłem pewien, że po browarnej nocy wciąż jeszcze będzie w leżu. Ja nie piłem - a byłem. Jakby nie patrzeć, twardy zawodnik z niego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.