Naprawdę żyję w nudnym, śmiesznym filmie. Robię śniadanie, wchodzi do kuchni, tuli kota w ramionach, patrzy w okno, "Jakie cudowne słońce dzisiaj", stoję za nią, ja pierdolę, jaki mózg jest głupi, myśli wszystkie te cheesy rzeczy, że Ty jesteś moim słońcem i chciałbym tak do końca życia, czego nie rozumiesz, weź już zgaśnij jak mnie nie chcesz. "Tak, cudowne", nie mogę tego powiedzieć głośno, bo złamałby mi się głos, więc mówię dość cicho, przecież czuję że mi się oczy zaczynają pocić, "Masz we wszystkim rację", wdech, wydech, przy kocie wolno się rozjebać, przy niej nie.
Pauza.
"To wszystko było do kota, prawda?"
"Nie, do ciebie."
Nieprawda, niestety, już to ustaliliśmy przed miesiącem.
Za chwilę kot interpretuje moje słowa jak zaproszenie na randkę, tj. bierze je za żart i robi na odwrót, co może niepotrzebnie zauważam na głos, tj. zauważam "Kocie, w ogóle nie rozumiesz co do ciebie mówię", w trakcie mówienia słyszę co mówię i znów myślę o tamtym dniu i o tym dniu tutaj przed chwilą.
To nawet nie jest film, żyję w programie rozrywkowym typu "co można powiedzieć w przedwiosenny poranek i jako komentarz do związku którego nie będzie", a nawet się nie staram, samo tak wychodzi, jakbyśmy złapali na improv flow, tylko publiczności nie jest do śmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.