Lubiłem z Nią pożartować o sprawach brutalnych i ostatecznych. Bywa z niej gapa, mówi że ma kłopoty z wyczuciem przestrzeni, więc obija się i łapie siniaki na każdym kroku w domu mieszkaniu. Ja się śmieję, że dzięki temu nie odkłada jej się na żaden poważniejszy uraz. Nawet kiedy spadła ze stołka, to ja miałem złamane serce. No bo ja nie mam tego problemu, nie robię sobie w domu mieszkaniu krzywdy, oprócz tej sytuacji, kiedy mi się skumulowało i zwichnąłem stopę przy wstawaniu z fotela.
Dzięki tym żartom wiem już, że Ona skądś wie, że szansa na śmierć od rany kłutej to jest siedem procent. Naturalnie od razu wtedy zakładam, że ja na sto procent będę w tych siedmiu, gdyby doszło co do czego, choćby to była rana kłuta stopy. Na pewno byłem dość blisko takich spraw ostatecznych już, upuściłem kiedyś nóż.
Mimbla, kiedy wspominam jej o tym Starym Werterze we mnie, ostrzega, że cały ten romantyzm był do dupy, w takim ostrożnym i zatroskanym tonie, żeby mi żadne głupoty nie przechodziły przez myśl przypadkiem. Rozumiem skąd to, spokojnie, nie mam takich pomysłów, miałem tylko raz kiedyś w czasie okropnej migreny, chciałem skakać z okna z bólu głowy nie serca. Wystraszyło mnie to wtedy, co chyba dobrze o mnie świadczy.
Mimbla ma trudno, nie wydaje mi się, obiektywnie można powiedzieć, że o wiele trudniej niż ja. Jakoś tak, chyba głupio w sumie, pytałem ostatnio, czy czegoś z tych wszystkich spraw nie żałuje, gdyby miała dać szczery wywiad. "Przecież nigdy nie przewidzisz", odpowiada spokojnie. Matko Bosko, jaka silna kobieta to jest.
Przecież nigdy nie przewidzisz, że jak nadasz koleżance xywkę od żartu, który się jej nie spodobał gdzieś w okolicy zapoznania (od razu wtedy go porzuciłeś, to wszystko co po nim zostało) to w rok później jedyną słoną osobą w tym układzie będziesz ty sam. Może powinieneś był to przewidzieć, lubisz te symetryczne, przewrotne żarty, tak? "Salty" też było przeciwieństwem cukru! Literackie klamry i strzelby Czechowa, jak zwykle okazuje się, że to życie pisze najlepsze scenariusze, tylko dlaczego to musi być tragikomedia.
Może powinienem żyć tak, jakbym pisał taki scenariusz, mam jakieś pojęcie o powiększaniu przypału i humorystycznych grach z czasu zabawy w improv, wtedy nic mnie jednak nie zaskoczy?
Zaskoczy, zaskoczy.
Myślę to tonem w jakim powiedziałby to Kropla Deszczu, bo nikt nie powie tego tak pięknie i pewnie jak trzylatek przecież.
Z Pstrokatym Brzuszkiem rozmawialiśmy za to o wyrabianiu sobie dobrych nawyków. Przypomniały mi się wtedy takie tricki behawioralne, które praktykował instruktor improv, typu podszczypywanie albo strzelanie sobie w nadgarstek gumką recepturką, kiedy się popada w niechciane schematy. Dla Pstrokatego Brzuszka jest to sprawa, nomen omen, brzuszka i trochę mu tego zazdroszczę. Na mnie niestety spadła dziś ta świadomość, że mam do wypracowania taki nawyk w sprawie serca i są szanse, że nawet w spalonych kiedyś w tym piecu, który utrzymywał mnie ostatnie dwie noce po minus dwadzieścia przy życiu, pamiętnikach z liceum, nigdy nie byłem tak egzaltowany.
A ja potrafię być szalenie egzaltowany, przecież dlatego je zjarałem.
Żyj tak, jakbyś pisał scenariusz tragikomedii, pamiętasz?
Believe me or not, dziś jednak żałuję sfajczenia pamiętników, mam ochotę spróbować sprzedać te dwadzieścia lat depresji. Skoro była kiedyś przebrnęła przez całego tego bloga, to wierzę, że jest czytelnik, który to kupi po opracowaniu. A przecież śmiałem się, czytając je na wyrywki przy przerabianiu na podpałkę.
No więc, jak mówi Mimbla, przecież nigdy nie przewidzisz. Nie przewidzisz, że kiedy podejmiesz tę decyzję, że wychodzisz z sercem, zostaniesz wzięty za żart do tego stopnia, że zamiast jasnej odpowiedzi, otrzymasz jakąś dziwaczną, to brzydkie słowo, no ale jednak, litość, bo może nie masz przyjaciół.
"Kupię mu pączki i pooglądamy filmy" to jest dobra odpowiedź bonusowa, jeśli wcześniej odpowiedź na propozycję wyjścia do teatru brzmi "hell yeah", a nie kiedy brzmi "wtf, chyba żartował z tą randką, ale jeszcze się upewnię u wspólnej koleżanki".
Nie przewidzisz, czy może uprzesz się na możliwie jak najdłużej zapomnieć, że podejmując decyzję o sprawdzeniu, czy wolno Ci zawalczyć o to szczęście, tak blisko, że na wyciągnięcie ręki, brakuje tylko zgody żeby je chwytać za dłoń, będziesz w konsekwencji musiał w końcu podjąć też decyzję, że tę pierwszą decyzję trzeba odwołać, nadpisać taką decyzją że już nie. I to jest najmniej romantyczna decyzja na świecie. Ale tak trzeba, c'nie?
To jest pytanie do Mimbli na następną kawę - jak przestać. Niepokoiła się ostatnio, że źle to znoszę, że wydawałem się za pierwszym razem trochę spokojniejszy i patrzący na jakieś perspektywy, że przecież tego kwiatu to pół światu. Tak jest, ale najpierw trzeba przestać. Ja wiem, jak to się potrafi rozmyć z czasem, byłem przez, ile, dekadę prawie, w związku, w którym z początku było dwieście procent wzajemnej troski, czułości itd. itp. Aż w końcu przestało, pewnie kiedy przestaliśmy razem cokolwiek planować, a ja nie chciałem za bardzo przypominać, że był w tym jakiś plan kiedyś, bo musielibyśmy ułożyć nowy, inny.
Ale teraz muszę sam to jakoś gwałtowniej uciąć.
Stąd pewnie te żarty o tinderach i zakładaniu gay-targeted of, w poszukiwaniu gwałtownych i efekciarskich ucieczek, jakby ten film mógł się zrobić ciekawy jednak.
W praktyce, to jednak piszę razem z życiem scenariusz tragikomiczny, godny pamiętników nawet jeszcze nie licealisty, raczej gimnazjalisty (już nie ma?). Przecież ja muszę umrzeć od tej rany kłutej. Za każdym razem, widząc ją, potrzebuję sam sobie wbijać nóż w serce, żeby to zamordować, tak? Nie jak do tej pory, że na chwilę umieram, kiedy ją widzę. Automord to ma być. I kiedy jej nie widzę w sumie też. Metaforycznie te noże, wiadomo. Bo gumka recepturka na nadgarstku to niestety nie ten kaliber emocji.
Czy może da się przestać jakoś inaczej? To nie ma wyłącznika. Żart to by było że sprawdzić czy nie alkohol (wszyscy wiemy że nie), ale przecież częścią tej tragikomedii jest, że ja jestem naprawdę wporzo typem. Nie jakimś księciem z bajki i na pewno jednak jest jakimś problemem, że nie sram kasą (było nie było, Ona jest księżniczką z pałacu na Podkarpaciu), no i oficjalnie za starym, tak. Ale jednak zadbanym, wolnym od nałogów wszelakich, z dystansem i nawet jakimiś pasjami innymi niż same gry komputerowe (które ona w sumie też lubi, więc to by nie była aż taka red flag, jak upierają się w sieci), uważnym, słuchającym i z sercem. I nie mieszkam z mamą!
Prawieże odfajkowana checklista z fejkowych listów o love stories do redakcji kobieta onet. Nie wiem dlaczego mi czasem ten syf wyskakuje w feedzie, nie wiem dlaczego go czasem czytam, może to kariera dla mnie? Umiem pisać pod ten sam target.
To nie jest typ, który odwala jakieś dzikie akcje w nieszczęśliwym afekcie. On sobie próbuje wykoncypować, jak to rozwiązać z klasą, no ale na razie mu nie wychodzi z klasą (doceń sam siebie: z klasą jest zaprosić na randkę przed rozmową o emocjach i z klasą jest zrobić krok czy dwa kroki wstecz w relacji która nigdy nie będzie taką jakiej pragniesz), bo mu wychodzi, że trzeba, jak w żarcie, zabić serce serią przypadkowych ran kłutych. Bo przy jednym dźgnięciu szansa na sukces to raptem siedem procent. Może przy ranach kłutych łyżką jest większa?
For fucks sake, kiedyś będę żałował, że nie da się spalić internetowego pamiętniczka. "I'm in love with my sadness", wiadomo, skoro wciąż tak bawią mnie te skreślenia domu. Śmieszno i smutno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.