Można się z kimś nie spotkać, bo zapomniał soczewek. Można dzwonić z trzech metrów i zrezygnować z dzwonienia, kiedy ona na ciebie patrzy, nobożkurwa, jak to nie widzi i można za godzinę uwierzyć w soczewki. Bo jeśli mógłbym wybrać, czy wierzyć, czy nie wierzyć, to wybrałbym, żeby nie, ale nie mogę wybrać, nie. Jeśli cokolwiek ma mieć sens, to soczewek nie było i już. I później, w środę, wybrałbym, żeby nie wierzyć w odwołujące spóźnienie, ale nie, wystarczy się podkurwić i dalej dawać szanse, pomimo wrażenia, że się jest takim wiosennym kwiatkiem, światowo symetryczną, geometryczną osobliwością, spotykaną od kwietnia do czerwca. Tylko dlaczego oczekiwania rosną wtedy?
Sam nie wiem, co cytuję, przeczytałem tylko i było ładne. Zespół pewnie.
Bardzo jestem sobą w tym tygodniu rozczarowany. W połowie tygodnia, przez połowę tygodnia jakoś tam byłem, przez drugą oglądałem serial. Nie oglądam seriali, które się nie skończyły, biorę całość od znajomych, choć też nieczęsto. Tym razem dostałem wybrakowany, pomylony odcinek przedostatni, dwunasty z drugim, czyli drugi był dwa razy, ale jeśli przedostatni, to chyba mogę wysłać za trzy sześćdziesiąt na numer i obejrzeć. O dziwo nie jestem rozczarowany niebyciem w trakcie oglądania, tylko raczej połową obfitującą w interakcje.
W czwartek poszliśmy do kina i ja wydumałem, że to dzień w dzień dwa lata, to nie pierwsza taka sytuacja, dlatego pisałem o geometrii świata. Było zimno, usiedliśmy w knajpie z czekoladą, która dla niepoznaki nazywa się "Czekolada" i jest przy deptaku sprawiającym najbardziej lansiarskie wrażenie w stolicy. To pewnie lansiarskie pisać, że czuję się tam nie na miejscu, podobnie zresztą jak w sieciowych sklepach z odzieżą - spróbuj kupić dżinsy bez celowych przetarć. Obok siedziały jakieś studentki z notatkami, zeszytami, mam wrażenie, że nie grała żadna muzyka, dziwne. Bardzo jestem sobą rozczarowany, bo chyba słabo kleiłem tę rozmowę. Przed kinem, po kinie, na szczęście w trakcie kina oglądaliśmy film, fajniejsze niż "Sen Kasandry", słabsze niż "Anything Else", za to nie widziałem tego o Barcelonie jeszcze. Obok siedziały dwie babeczki, wyglądały na okolice czterdziestki, pewnie widziały wszystkie jego filmy, bo koncentrowały się na komentowaniu fryzur i sukienek.
Słabe klejenie rozmowy polega u mnie na jakimś panicznym poszukiwaniu słów. Jestem pewien, że dwa lata temu to wyglądało lepiej, dużo mówiłem, pytanie czy coś konkretnego. A teraz siedzę i tłumaczę, że wcale nie jestem informatykiem i ta praca też jest mało informatyczna i mało ciekawa, nie chcę mówić o pracy w ogóle. Mówienie o pracy sprowadza się na ogół do marudzenia. Właściwie nie wiem, o czym chcę mówić, więc głównie słucham - może jednak tak to wtedy było. Ona strzela słowami, że była w Nicei i widziała czarownicę, mówi, że taką samą energię ma Penelope Cruz, żebym zrozumiał - no to rozumiem, bo ja też ją lubię. Mówi o zdechłym kocie, wstawaniu o piątej trzydzieści (o cholera!), książkach, sprawia wrażenie, że świat robi na niej wrażenie, to się nie zmieniło. Ja wciąż raczej mam w głowie rzeczy, o których nie chcę mówić, sprawdzam, czy nie zgubiłem biletów. Po kinie opowiada o tej aktorce, która płynąc pół wieku temu do Stanów, przytyła sześć kilo i prawie jej nie poznali i była na diecie. Ciekawe, czy sześć tabletek plusza to też dieta, jednak nie brzmi dobrze i zimno chyba od tego. To była bardzo ładna aktorka, Francuzeczka, tyle wiem o kulturze, że nie mogę sobie przypomnieć imienia, a może nie Francuzeczka, jeśli kategoria francuskie aktorki na wiki nic mi nie mówi? Nie będę przecież wszystkich przeglądał (to fakt, ciężko znaleźć Audrey Hepburn w kategorii aktorki francuskie, bo pochodzenie brytyjsko-holenderskie, leszczu). No ale wiem o kogo chodzi, wiem, może jakiegoś plusza na mózg? Tylko mi ulżyło, kiedy pojechała, deszcz zaczął padać bardzo teatralnie, kiedy zamknęły się drzwi autobusu. Cokolwiek by to miało znaczyć.
W piątek zrezygnowałem z pchania się do metra, nie będę jeździł metrem, jeśli mam z Rozdroża autobus i niech sobie nawet objeżdża w tych dniach Krakowskie, lepsze to niż tłok. Dwóch typów z pracy tam wsiadło, a mnie jakby znowu ulżyło, nie napiszę, że jestem aspołeczny, jak ktoś (kto? w liceum?) kiedyś o mnie powiedział, po prostu ostatnio jestem nietowarzyski. Postaram się jak najrzadziej używać słowa aspołeczny, nic do społeczeństwa nie mam. Wpadłem na to kilkadziesiąt minut po rezygnacji z metra, bo nie jestem jedynym gościem, który dzwoni, kiedy nie jest kogoś pewny.
Usiadłem gdzieś na przedzie, dosyć uczynnie to zrobiłem, bo mogłem usiąść zgodnie z kierunkiem jazdy, ale zaobserwowałem wsiadające razem koleżanki, więc zostawiłem im dwójkę. Po chwili kieszeń zawibrowała, na telefonie wyświetlił się typ, którego też widuję na wiosnę głównie. Kumplowaliśmy się w podstawówce, zawsze opowiadał świetne historie, wkręcał, kiedy musieliśmy przygotować referat z historii, złamaliśmy hasło do komputera samym rozglądaniem się po pokoju - ktoś ustawił na hasło najbardziej rzucający się w oczy tytuł ze stojących na półce kaset. To było ekstra, ale ogólnie miał taką wyobraźnię, że do tej pory pamiętam jedno konkretne przebijanie się z patykami przez las, supermoce, superszybkości, ratowanie przed minami.
Zadzwonił z pytaniem, czy właśnie nie wsiadłem do autobusu i jeśli tak, to zaprasza na tył. To poszedłem i dalej się sobą rozczarowywałem, bo dla odmiany chyba nie miał ochoty wiele opowiadać, a to co opowiedział i tak było milion razy lepsze niż moje gadanie o szefie, który po pijaku przyznaje się, że menadżerka ma umowę z jakimś ekskluzywnym burdelem pod Warszawą. Jeśli kiedykolwiek słyszałeś cokolwiek o korporacjach, prawda jest jeszcze słabsza - takie tam stwierdzenie rekurencyjne, bez warunków, dążymy do minus nieskończoności.
Autobus wybieram oczywiście przez wzgląd na brak tłoku - czyli mieliśmy tylną trójkę dla siebie. Rozsiedliśmy się, założyłem lewą nogę na prawą, a on wtedy prawą na lewą - czy już mówiłem, jakie to fajne, ta geometria świata? Antysymetria. Ja w czarnych, tylko lekko na kolanach przetartych dżinsach i półsportowych pantoflach z czarnej skóry, on w szerokich, jasnych dżinsach i białych butach typu vans chyba. Korporacyjny żuczek, słuchaj, mam wokół dobre pół tysiąca ludzi, wiadomo, że zadęcie. A my to produkcja, na stałe, ja wiem, chyba z piętnaście osób.
Może spotykajmy się, kiedy już nauczę się jakoś po ludzku mówić i będzie to ciekawsze niż robota z lenistwa i w sumie nie wiem, co dalej?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.