środa, 31 marca 2010

Ostatnio sprawdziłem, że pavement to jakiś chodnik czy deptak, kiedyś sprawdzę, jak to brzmi

Słuchaj, wiemy przecież, że straszny ze mnie maruda. Tak ogólnie, więc pewnie nie do końca wierzysz w tę słabość przy porannym wstawaniu z łóżka. Może ja sam ją sobie jakoś mitologizuję, jest w ogóle takie słowo? I ciężko mi teraz, po latach, odczarować. Dzisiejszego poranka też nie odczarowałem, choć przyznam szczerze - było znośnie. Od kilku dni staram się czytać rano w autobusie i metrze, do czego nie mogłem się zmobilizować przez większą część ciemnej zimy. Mam dzięki temu za sobą Aurelianów (choć skończyłem wczoraj w domu, no ale autobus pomógł) i mogę starać się zrozumieć ten jakby oksymoron - realizm magiczny.

Ile pamiętasz mądrych słów z języka polskiego? Oksymoron pojawił się w moim podręczniku gdzieś przy okazji Młodej Polski, nie wiem, może chodziło o poezję Tetmajera? Korab-Brzozowskiego, Kasprowicza? Tam była chyba strona o Tatrach również, więc może ten ostatni. Ilu pamiętasz poetów okresu Młodej Polski? Czy w ogóle pamiętasz coś ze szkoły i czy nie masz wrażenia, że może jednak powinieneś, albo że po prostu byłoby fajnie? Wiedzieć na pewno, kiedy pisze się byłoby, a kiedy było by. Ilu w ogóle znasz poetów, tylko nie liczą się śpiewający, albo posiadający w internecie blogi. No dobra, nie musisz się interesować poezją. Niczego nie musisz, nawet nie musisz sam umieć ocenić, czy coś na miano poezji zasługuje.

Znasz to o prześlizgiwaniu się po powierzchni zjawisk?

Słuchaj, teraz będzie jeszcze bardziej nudno, przestanę kombinować o wynoszeniu czegokolwiek ze szkół, niech to sobie robi dajmy na to Masłowska, choć być może za dużo ma na to już lat. Teraz wrócę do dnia dzisiejszego, ale przewinę dzień roboczy, kiedy wołano mnie do okna, bo przechodziła moja aktualna, nieosiągalna Pani Wiosna z jakiegoś bardziej biznesowego piętra. Mogę się krótko zastanowić nad słusznością myślenia o komunikacyjnym czytelnictwie, takiego, jakie prezentuje aktualnie poznawany bohater Murakamiego (oni i tak wszyscy tacy sami, powieści i dżezmeni), to jest - czy ma rację w dzieleniu książek na książki prawdziwe i czytadła do tłoku w metrze. No bo ja przecież dałem radę Marquezowi i w metrze, wcale nie czuję, żebym na tym stracił, zresztą w domu najczęściej chyba czytam leżąc na brzuchu, głowa wystaje znad łóżka tylko i książka na podłodze. A ferajna Murakamiego pewnie czyta w jakichś wygodnych fotelach, jakoś na pewno walczą, żeby w tych japońskich klitkach wygospodarować dedykowane miejsce na fotel i lampę przy nim. Przewinę nawet powrót, bo znowu jechałem z Rozdroża, jak to może wyglądać, jak zwykle, siadam na krawężniku, cieszę się, że ścieżka nie idzie od razu przy nim, więc nikt mnie nie rozjeżdża. Najbardziej i tak lubię jeździć stamtąd o jakiejś godzinie wieczornej, kiedy świecą zawsze ulubione pomarańcze. Zjadłem ostatnio pomarańczę, myślę, że to była pierwsza w życiu. Da się przeżyć tyle lat bez pomarańczy? Chyba się da, ja jestem konsekwentny w bzdurach, kiedyś w dzieciństwie uznałem, że z pomarańczy tylko sok i tej też bym pewnie nie zjadł, gdybym tylko nie zapomniał o śniadaniu.

Przewinę do takiej właśnie godziny wieczornej, o której w innych częściach miasta świecą już pomarańcze. Niestety, u mnie na osiedlu ktoś zdecydował się na te drugie, w kowbojskiej czapce. Tak mi się wydaje, dawno na nie nie patrzyłem. I tak, jasne, wiem, że gdybym pomarańcze znał z osiedla, to w krytycznym momencie pisania esemesa (a fe!) w ogóle bym o nich nie pomyślał. To też było dwa lata temu, ale pewnie będzie z tego pizza, więc jakiś zysk jest.

Trochę czytam te książki w komunikacji, żeby zapomnieć o braku hartu ducha na rower. Do pracy znaczy się, gdybym tylko miał rower po pracy, to bym bez problemu jechał. Ale spróbuj przekonać mnie do czegokolwiek ambitnego przez pierwszą godzinę po przebudzeniu. Nie da się. I nie wiem, dlaczego dwa lata temu mogło to mieć więcej sensu, kiedy sam siebie przekonywałem. Ale dzisiaj, kiedy wróciłem do domu, po tym jak uciekłem od jakiegoś jasnowłosego obiektu, który nie wiem, co czytał na miejscu obok, dzisiaj poszedłem na rower. Odczarowuję w tym roku bzdurę długich wypadów, odczarowuję pomysł, że dziesięć minut przygotowań do wyjścia powinno owocować przynajmniej godziną podróży, skąd to się w ogóle wzięło? Pół godziny też jest okej, przecież wiesz, że wcale nie trzeba dnia rozciągać do czterdziestu ośmiu godzin, że wystarczy bardziej być w drodze i czas będzie szeroki nawet w pięciu godzinach po pracy, czterech od wejścia do domu, trzech jeśli odciąć kuchnię i prysznic, dwóch pomijając gapienie się w sufit, wchodzenie na pocztę, fejsa, wiadomości, zupę i nieaktualizowane blogi.

Okej, trochę ściemniam, nie mam jeszcze ani formy, ani nie przeczyściłem, nie nasmarowałem i nie zająłem się rowerem jak należy po zimie. Więc trochę jest jakby nieprzygotowany do większych wypadów.

Pojechałem ścieżką przy Strumykowej, złą stroną ronda, za pętlą przepuszczałem autobus, który za chwilę dogoniłem na przystanku, kiedy drugi mijał go powoli z naprzeciwka, na wąskiej drodze. Skręciłem w lewo, a za chwilę w prawo, do wału, przez lasek, który kiedyś wydawał się dzikimi ostępami i można było w okolicy spotkać sarny, a teraz ma po dwóch stronach płoty i nawet wał jest bardziej cywilizowany, bo położyli na nim chodnik. Jadę chodnikiem na południe, dziękuję spacerowiczom za przepuszczenie, oraz zastanawiam się, skąd właściwie płynie ten prom. Kiedy chodnik się kończy, mijam już tylko biegaczy, spacerowiczom się nie uśmiecha, zrobili się jacyś wygodni. Kiedy chodnik się kończy, to nagle słyszę zewsząd śpiew ptaków. Po lewej, zaraz pod wałem mam ten sam płot, po prawej takie same drzewa, ale w głowie realizm magiczny, który na chodniku był nie do końca jeszcze uświadomiony, bardziej przed chodnikiem, na nowej ścieżce przez swobodnie dostępny już ostęp. Mam z tego frajdę, bo wiem przecież, że najdalej po tygodniu przestanę na nie zwracać uwagę, chyba że o poranku, o piątej, jadąc rowerem przez Choszczówkę, ale to się już nie może zdarzać, tak samo jak codzienne, wielogodzinne wypady gdziekolwiek.

Myślałeś kiedyś, że to bezcelowe napinanie niczym się właściwie nie różni od bezcelowego przerzucania kanałów na kanapie, z ręką za poluzowanym paskiem? Tyle, że się spocisz, ale amerykańscy naukowcy donoszą, że więcej niż pół godziny wysiłku dziennie szkodzi!

Jeszcze większą frajdę mam po zjeździe z wału, bo zamiast ptaków słyszę "Gangsta Paradise" przemieszane z chyba jakąś Lady Gagą. Myślę, że to zabawne, nie wiedzieć, czy to na pewno Lady Gaga, ale wiedzieć, jak takowa mniej więcej wygląda, za to nie mieć pojęcia, jak może teraz wyglądać dajmy na to Piotr Klatt (to chyba lepiej nawet, teraz), albo jak kiedykolwiek wyglądał Joe Strummer, albo Ian Curtis, albo - olaboga! - Bob Marley. Jeśli kiedykolwiek przegrałeś od kumpla katalog "Wujek Bob", możesz być pewien, że kiedyś będzie Ci śpiewał przez cały weekend, nawet jeśli by to miało być (no proszę!) dwa lata później. Dobra, ale skąd taki muzyczny koktajl? Właśnie wyjechałeś na objazdowe wesołe miasteczko, ma wszystkie atrakcje, które pamiętasz z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy rozkładało się w dzikim polu na Gocławiu (teraz stoi tam blok oczywiście). Może to nawet to samo, wtedy wszystkie atrakcje były trzy razy większe, ale przecież miałeś dwa razy niższą perspektywę. I każda atrakcja ma swój podkład dźwiękowy. Wtedy na czasie była "Lambada", ale nie wiem, czy grali ją w miasteczkach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.