Był kiedyś taki rozedrgany kwiecień maj (choć tak naprawdę to zaczęło się wcześniej, pod koniec lutego albo w marcu, ciężko to określić teraz, po spaleniu pamiętników), kiedy pierwszy raz chciałem zaprosić dziewczynę na randkę i powiedziała mi po prostu "idź sobie". Bilety do teatru licealiście, któremu nie przeszło jeszcze przez głowę, żeby się zająć jakąś sensowną pracą, załatwiała wtedy kuzynka. Możliwe że nawet wtedy nie wiedziałem, co to miało być za przedstawienie, więc tu ostatnio bardziej się postarałem, kiedy wybrałem, wydawałoby się, spektakl skrojony pod kontekst, bo przecież dopiero co rozmawialiśmy o "Śnie nocy letniej". Tylko wyszło jeszcze gorzej. Jak głupio w sumie, że tylu starszych kuzynów studiowało w Warszawie, a ja głupiutki nie miałem nikogo, kto by mi coś wyjaśnił na temat życia wtedy.
Teraz większość kuzynów też mieszka gdzieś w okolicy, bawiłem się z ich dzieciarnią na przyjęciu.
Ta sama kuzynka była też ostatnio właśnie na tej mega imprezie rodzinnej, czterdziestej rocznicy rodziców. Nie porozmawialiśmy chyba wcale, wyszli wcześniej z mężem, ale dzwoniła do mnie, bo zapomniała zabrać coś i że może bym ja wziął, to przechwyci kiedyś. Termos na ziółka. Sam wpadłem na to, żeby go opróżnić i umyć od razu, w końcu nie wiadomo kiedy. A nawet nie byłem jej pierwszym wyborem na telefon, mam zerowy kontakt z rodziną, przez te wszystkie sprawy z rodzicami, które się działy dwadzieścia lat temu i pokutują w głowie, w snach, do dzisiaj - po prostu jak nie odebrał mój brat, to zadzwoniła do mnie.
Mój brat powinien być pierwszym wyborem każdego na świecie, jest zajebisty. Miałem kiedyś, niewiele później niż tamta sytuacja z teatrem, taki pomysł, że on mnie tak wyprzedza w życiu, no i dystans jedynie się powiększa. To bez znaczenia w sumie, każdy ma swoje życie.
No a kuzynka pojawiła się tu u mnie w domu z mężem w ostatnią sobotę, akurat byli w okolicy na zakupach. Nie chcieli herbaty, kawy, samą wodę, przynieśli czekoladę.
Jak oni się znaleźli w życiu, jak oni wszystkich zaskoczyli, to ciekawe, to ujmujące, no i jest w tym element zazdrości oczywiście, biorąc pod uwagę co tam się dzieje u mnie. Kiedy widzieliśmy się na chwilę, mijając na trasie biegowej w trakcie pandemii, nie zamieniliśmy nawet słowa, ja w ogóle się zastanawiałem kilka minut, kto to się do mnie tak uśmiecha, kiedy się mijamy. Później przez moment byli też u mamy mojej na urodzinach, więc wtedy się dowiedziałem, że ma męża z USA, wojskowy. Śmiali się ostatnio, że "z odzysku", zastanawialiśmy się jak to będzie po angielsku, wyszło na to, że "leftovers". Zajmują ich zwykłe życiowe sprawy, wspólne mieszkanie, za drogie remonty, wzajemne gesty. "Zamontował mi napęd elektryczny w rowerze, żeby miała łatwiej do pracy, jak forma gorsza". "Spaliłam dzbanek elektryczny, dlatego szukamy teraz, idziemy popatrzeć tu w Galerii". "You don't spill water on electric stuff", śmieje się, ja się dopytuję, co to za mega dzbanek musiał być, że go nie zastąpi pierwszy lepszy, był mega, podgrzewał do określonej temperatury, albo utrzymywał, to nie pierwszy lepszy.
Ten termos na ziółka i woda zamiast herbaty czy kawy zaczynają nabierać jakiegoś znaczenia, no ale nie pytam, dość już mi powiedzieli, że on ma problemy z kręgosłupem i nie może dźwigać i czasem boli w nocy, i dwie operacje już były, ale nie wiadomo czy trzecia coś zmieni. Ja jakoś rozumiem te bóle, mnie tak układ nerwowy rozwalały któreś leki, czułem się jakby mi przypiekało uda, w nocy albo po prostu stojąc przy kuchence, na szczęście minęło.
Jest w tej pierwszej dłuższej rozmowie z kuzynką po tylu latach dużo przemijania, takie myśli, że się ma ochotę po prostu doczekać emerytury (a ja bez studiów mam trudniej, żeby dobić stażem pracy do minimalnej chociaż, jestem w połowie może przecież), ale jest w niej też dużo spokoju i pogody ducha mimo wszystko, że jakoś tam siebie znaleźli z tym żołnierzem z innego kontynentu i mimo że mają wrażenie, że strasznie się sypią, to razem raźniej.
"Zrobił mi ostatnio ciastka z ciastek, pokruszone oreo i do tego serek, do lodówki, no ciastka z ciastek, tak tam w Stanach gotują, nie jak u nas, że od zera się ciasto z mąki robi raczej."
Brzmią jakby mieli dom. Patrzę na nich i myślę, że może jak jedzą mandarynki, to każdą dzielą się na pół.
Potrzebuję się przypilnować, żeby przyjąć na serio to zaproszenie i kiedyś ich odwiedzić, przecież i tak potrzebuję jakiejś przystani na soboty po zajęciach, można jechać kiedyś tam. Nie mam na razie innego pomysłu niż żeby przestać być w mieszkaniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.