W ubiegłym tygodniu pochorowała się bratowa, co wciągnęło mnie w wir ucieczkowo-pomocowy. Dowiedziałem się od rodziców, że jadą do dzieciarni, chytrze wykorzystałem tę szansę, żeby podrzucić ciuchy do przeróbek czy napraw. Mamusia-krawcowa fachowo podeszła do spraw, co się da ruszyć to mi zrobi, czego się nie da, to oczywiście okazało się, że super pasuje Tatusiowi.
Pojawił się temat kuzyna w moim wieku, trzy miesiące starszy jest, zapraszającego na wesele. Wiem od jego siostry, była u mnie niedawno przecież, że telefony z nieznanego numeru z weekendu to od niego, muszę kiedyś odebrać i jakoś uprzejmie odmówić. Tato żartuje o tym, że on się nie wyrobił przed tymi okrągłymi urodzinami, bo impreza pod koniec czerwca. "Ja też się nie wyrobię, była taka jedna, o której myślałem, że bym się mógł oświadczyć, ale nici z tego". Tato łączy kropki, oficer WSI w sumie, nie ma się co dziwić:
- To ta od teatru? Strasznie smutno wyglądałeś jak o tym mówiłeś.
- No ta. Ale też strasznie wesoło wyglądałem, jak zaprosiła Cię Mamusia!
- Ja zaprosiłem mamusię na pierwszą randkę do Łazienek w niedzielę.
- Chopin, koncert?
- No tak. Bo przecież w filharmonii to bym usnął, w Łazienkach nie.
Myślę, że znam kogoś, kto opowiadał jak usypiał w operze na "Śnie nocy letniej" ale niby chętnie by spróbowała ponownie. Tylko w żadnym wypadku ze mną, ech. Myślę, że to pierwsza ładna rzecz, jaką wiem o rodzicach sprzed tej opowieści, jak krzyczano na mnie bodaj "Groszek" pod oknem szpitala. A o jakiejś nieładnej mam sny w których krzyczę do mamy "powiedz mi to".
Mózg jest głupi, serce jest głupie, nie chcą się zgrywać, współpracować. Przecież po to jej wtedy nie dopytałem tylko przytuliłem, że nie chcę z niej wyciągać strasznych rzeczy żadnych z tego czasu, jak się poznawała z Tatą. To decyzja! No ale mózg jest głupi i nocami śni sobie to wszystko od czego pęka serce. Tato teraz jeszcze mocniej rozumie, dlaczego sprawa teatru była tak smutna, więc długo tuli mnie na pożegnanie.
Przecież to o czym kto wie, to już nikomu nie zwróci nic, ani nie zawróci trzech miesięcy płaczu, ani dwudziestu lat zastanawiania się czy ja jestem (nawet jeśli nie, to w głowie tak) i koszmarów.
Salty czasem ma swoje dziury w mózgu lekko zasklepione chyba, ostatnio wyraźniej widziała, jaki dystans trzymam, więc zapytała wprost.
- Czy jesteś na mnie o coś zły?
Duma! Pytałem ją tak po Sylwestrze, kiedy wyszła imprezować z koleżankami bez słowa i w ogóle miałem wrażenie, że czymś podpadłem.
Odpowiedziałem krótko, ale jasno, mi się wydawało: Nie.
Nie odpowiedziała nic, wyszła z kuchni, kilka minut później zadzwoniła Herbaciana zamartwiona, tama puściła, wysłałem B&H na bloga, no i dowiedziałem się przy okazji, że Salty nie dosłyszała mojej odpowiedzi i poczuła się zignorowana, jakbym nie odpowiedział nic. Rozumiem ten wkurw (wiedziałem sekundę przed telefonem, że coś się stało, bo zamknęła się w pokoju), bo przecież naraziła się na jakąś konfrontację, tj. wszystko zrobiła dobrze, oprócz tego jedynie, że moja odpowiedź przeleciała jej przez dziurę w mózgu. Pewnie powiedziałem to za szybko, ale też w sumie pełna odpowiedź była dopowiedziana w głowie.
"Wręcz kurwa przeciwnie i wynika z tego że chyba jednak będziesz musiała poszukać innego mieszkania".
Idę na zajęcia, ale jedne, czuję się przemęczony ostatnio, potrzebuję wyhamować trochę. Wracam, Salty się pakuje na weekendowy wyjazd, nie wiem gdzie, ale na dłużej, bo pakuje się z kotem, więc oczywiście mam wizje że łazi na randki z tindera w tym czasie, jak jest gdzie indziej, bez zazdrosnego, odrzuconego typa w pokoju obok. Przecież ja wiem, że ona by kogoś chciała w życiu, nie mówiła tego wprost, ale jednak żartowała, że może by ją tak kto na siłowni zaczepił, atencjuszkę z książką na bieżni, albo że na imprezie firmowej się pokaże odpicowana. A Herbaciana mi tylko potwierdziła, że wspominała jakiś czas temu, że może by wróciła do randkowania.
Tydzień temu znów nawaliła pralka, akurat wróciłem do domu mieszkania uratować sytuację, kiedy Salty nie było. Chciałbym, mózg twierdzi, że to logiczne w kontekście osoby, która powiedziała coś na kształt nichuja o chodzeniu ze mną na randki, ale absolutnie nie jestem ponad to, że wyjąłem na suszarkę koronkową bieliznę. To nic nie musi znaczyć, w końcu sam ostatnio się staram, sprawia mi przyjemność dobre wyglądanie, no ale w żałosnej głowie zazdrosnego, odrzuconego mężczyzny, to znaczy że potajemne randki z tindera się udają, mózg jest głupi i serce jest głupie, nie chcą się zgrywać, współpracować. "To nie moje sprawa, jeśli się z kimś spotyka, wyraźnie powiedziała, że nic między nami nie będzie", powtarzam sobie cierpliwie, na serce to nie działa.
Wpada mi w oko, że grupa choreograficzna Cudownej daje pokaz na latynoskiej imprezie w centrum, myślę że może to premierowe przećwiczenie przedstawienia, które szykują na zawody za kilka tygodni, faktycznie tak jest. Łamię się nad tym, czy iść, nie tańczę salsy, bachaty, nic z tamtych rzeczy, ale ponoć ma być też Rueda z warsztatem, a to widziałem kiedyś w oye, że jest jakąś zabawą. Decyduję się więc, to jest najodważniejsza rzecz od zaproszenia na randkę, tj. idę choćby przez chwilę, choćby na warsztacie, tańczyć w parze. Często się te pary zmienia, do tego mocniej zwracałem uwagę na źle przestawiane nogi, ale mam tę noc za sukces z wykonanym planem minimum - wyglądałem dobrze i chyba tylko z lekkim roztrzęsieniem tańczyłem te kilkanaście minut. Wokół pełno pięknych ludzi, pełno pięknych dziewczyn, Zakresowa tuli się do mnie (ale nie tylko) po występie, cała roztrzęsiona, żartuję sobie z MonkeyG chwilę, bo też nie zna salsy, więc jesteśmy na tym samym poziomie, Salto patrzy jak zawsze tymi ogromnymi przerażającymi oczyma sowy-wyroczni i nic nie mówi, najmocniej ratuje mnie znajoma z jednej nagrywki między zbyt krótkim warsztatem a pokazem, próbuje wytłumaczyć ten podstawowy krok salsy, nie jestem tam zupełnie sam przez cały ten czas.
Note to self - nigdy więcej nie chodź w takie miejsca sam. No chyba że nauczysz się tańczyć salsę kubańską w parze, wtedy będziesz prosił do tańca, c'nie?
I chyba mimo wszystko nieźle wyglądam pośród tego tłumu pięknych ludzi, bo Cudowna ewidentnie mnie w pierwszej chwili nie poznaje, kiedy wita się długo i rozmawia ze stojącą obok koleżanką. Macha do mnie z pewnej odległości dopiero kilkanaście minut później.
Daniel Craig, słysząc gdzie była impreza, przypomina, że architekci budynek przezywają Toi-Toiem i z tego się bierze żart gówniany jak moje życie ostatnio, bo zabawa pięknych roztańczonych ludzi była w piwnicy przecież. Nic dla mnie nie znaczyli wciąż, nawet najpiękniejsze z nich. W głowie mam szambo.
Wracam do domu zaraz po pokazie, skoro nie ma tam nikogo naprawdę znajomego, a ja nie umiem poznawać obcych ludzi. Piszę do B&H, że spotkajmy się nazajutrz, potrzebuję pożyczyć narzędzia, no i potrzebuję powiedzieć na żywo, że nie mam żalu o tę pomyłkę w sprawie posiadania emocji. Biedne dzieciaki, męczą się u mnie, no ale wyjątkowo spotkanie było nie na naleśniki, a żeby odbudować jakoś ten most. Jedziemy później dalej plotkować u nich, Bazyl pyta mnie, jaki będzie następny film.
Chyba już wiem, tj. nawet zdążyłem wcześniej powiedzieć Herbacianej, że pewnie czeka ich najdziwniejszy rozwód przyjaciół w historii: nie było ślubu, jedno zostaje z całym majątkiem w mieszkaniu, ale siedzi i płacze, drugie bierze kota pod pachę i w sumie nie wie o co chodzi.
Całą noc z niedzieli na poniedziałek myślę o tym, że jednak nie obędzie się bez spektakularnych akcji, że nie ma żadnego ratunku, żadnej ulgi, że żadne zajęcia, Salsation, Commercial, Reggaeton, nie uratują sytuacji, to stanowczo nadużywane leki objawowe. Myślę o tym, żeby poprosić ją o to, żeby poszukała sobie nowego mieszkania do czerwca najdalej, tak jakby miała umowę i gdzie by w tym czasie uciec na te dwa miesiące po ostatnim "bajo" (klucze oddaj Herbacianej), może kuzynka z Łodzi ma wolną kawalerkę? Może Ojciec Chrzestny ma miejsce w prowadzonym ośrodku wczasowym nad morzem, jeszcze przed sezonem? Łódź by była lepsza, albo jakiekolwiek miasto, żeby był Zdrofit z zajęciami jakimiś.
Nic mnie tu nie trzyma, tj. wszyscy oczywiście mają jakieś problemy, ale nikt nie ma takich kłopotów, żebym był mu niezbędny do przetrwania, a ja pewnie potrzebuję przeżywać własne życie, a jedyny sposób żeby przeżywać własne życie dalej, to jest wyrzucić z życia osobę z którą życie się nigdy nie wydarzy.
Bo przy niej jestem wciąż zakochanym, żałosnym, zazdrosnym dupkiem. Wróciła dziś rano, przywiozła sobie nowy kubek - mówię, że kubek wróżki, takie ma wzory. "Kubek wiedźmy", odpowiada. "Muszę się nauczyć stawiać tarota, to trudne, ale nie mam głowy do tego ostatnio".
Jestem zazdrosnym, wciąż zakochanym dupkiem, słyszę że jest wypoczęta, swobodna, bez napięcia z piątku w głosie, ucieszona wiosennym ciepłem i jedynie myślę o tym, że to nie przeze mnie ani nie dla mnie i że dla kogo masz głowę, skoro nie do nauki tarota, bo sprawiasz wrażenie jakby zrobił coś co się bardzo podobało w trakcie weekendu. Jakby weekend z dala od naburmuszonego dupka nie był wystarczający.
Herbaciana ma rację, kiedy mówi mi na spacerze przez Konesera, że nie ma powrotu do tego co było przed jesienią. Jadę tu dziś po sobie jak po burej suce, dobrze że kot nie rozumie. Śpi mi na brzuchu przez pół dnia, kiedy czytam "Tańcz, tańcz, tańcz" (a jednak trochę bohater Murakamiego może z tym pomysłem na wyjazd gdzie indziej) i kiedy piszę. Potrzebuję też pamiętać, że druga strona medalu to jest że jakoś trzeba przestać płakać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.