czwartek, 26 marca 2026

Wypasanie owiec w Tybecie

Jak sabotować samego siebie? No właśnie tak jak ja, tj. wyjść z założenia, że muszę mieć gdzie uciec z mieszkania, żeby jej móc powiedzieć, żeby się wyprowadziła. Jakbym tchórzył przed konsekwencjami tego, co ona może odpowiedzieć w zamian. Czy to też jest sprawa, w której da się podjąć decyzję? Kim jestem? Jestem tchórzem, bojącym się takiej konfrontacji, czy jednak jestem już zmęczony tym, że płakałem dziś już trzy razy i nie ma sensu mieć do samego siebie pretensji, że szukam miejsca z dala od niej zanim się pozbiera stąd?

Mógłbym sam się zacząć jakoś sensownie zbierać. Potrzebuję przestać ją widzieć, potrzebuję przestać ją słyszeć, potrzebuję przestać czuć jej zapach. Ja niby nie czuję zapachów, mam okropnego nosa, ale ją czasem czuję.

(Czyli mam doskonałego nosa! Czuje te kobiety, które warto czuć!)

Jakby teraz już nie było źle, przecież wiele gorzej już nie będzie. Pamiętne ostatnie słowa? Po prostu oprócz tego że chujowo jest mnie, chujowo będzie też jej.

Nie chcę żeby jej było chujowo, chcę jej ojojać i wycałować kontuzjowane kolano. Tylko mi nie pozwoli.

Im więcej mija czasu, tym więcej płaczę. Tak nie można. Wczoraj prawie pękłem na "Beautiful Things" w trakcie zajęć. "Pleeeeeease, staaaay", w drugą stronę do diaska, ona nie umiera, ona musi się wyprowadzić z mojego życia.

Dziś znów zapytała, czy robić kawę. Pochwaliła wymianę baterii przy zlewie w toalecie. Jest taka kochana. Tęsknię za wspólnym piciem kawy.

"Nie zrozum mnie źle, jesteś taka kochana", mógłbym jej powiedzieć. I zrozumiałaby źle.

Pokazałem Różyczce ten ulubiony wpis o niebie, samo wspólne bycie to było dla mnie niebo przecież. Pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że te moje najszczęśliwsze chwile ubiegłego roku to dla niej był nudny, randomowy wieczór ze współlokatorem i nic więcej. Różyczka kibicuje mi żeby postawić kropkę, śmiejemy się z tej melodramatyczności. Z miesiąc czy dwa temu próbowałem sam siebie przekonywać, że ja nie robię żadnych durnych akcji w emocjach a teraz żartujemy o wyjazdach na platformy wiertnicze. Prędzej na zbieranie czegokolwiek co można teraz zbierać, na platformy trzeba mieć jakiegoś skilla.

Dzwoniłem do kuzynki z Łodzi, niestety mieszkanie ma wynajęte.

Po tym jak mało mnie nie rozjebało w trakcie zajęć, zrobiłem podobne przewinienie co Ona, tj. ze swoim dramatem zadzwoniłem do Herbacianej, że ja przecież nie mogę z Salty mieszkać. UAFem ASAPem. Tam na Krańcu Świata też się dzieją trudne sprawy czasem, więc konkluzja była taka, na co miałem nadzieję ofc, że w razie czego mogę na ten czas do jej wyprowadzki, jeśli znajdę jaja żeby ją o to poprosić, zamieszkać u nich w ramach wzajemnego wsparcia. Już tak żyliśmy przecież. Może byłoby łatwiej i nie musiałbym rezygnować z życia w Warszawie. Nic mnie tu nie trzyma, to prawda, ale jednak nie wyobrażam sobie życia bez zajęć.

Nawet wpadłem na peronie metra na Pstrokatego Brzuszka, który mieszka przez ulicę. Obiecał że gdybym  jednak wyjechał, przygarnie na ten czas moje kwiaty do opieki!

Nie wiem czy to jest dobry pomysł, im więcej o nim myślę, tym mniej mi się podoba, tj. Herbaciana i Salty to przyjaciółki. Czuję że nie powinienem w tym rzucaniu kłód pod nogi Salty (i tak boli ją już kolano) polegać na Herbacianej. Lepszy to by było poprosić ją o wyprowadzkę i jednak przetrwać to u siebie: pomalować płytki w toalecie przez święta (przecież raczej wyjedzie), może w łazience w majówkę (przecież raczej wyjedzie), zdecydować co z kuchnią. Odświeżyć mieszkanie na tyle, żeby znaleźć innych lokatorów do pokoików później.

Cztery razy, a nie ma jeszcze piętnastej! Nie ma sensu liczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.