Nie mogę doczekać się wyjścia z domu, mieszkania, dobrze wiem, że to ucieczka jest. Byle tylko zniknąć, zanim wróci z pracy. Tak to teraz jest i tak to będzie jeśli mi nie przejdzie, albo jeśli nie zapadną jakieś drastyczne decyzje.
Odwiedzam nowe kluby fitness, tym razem padło na Mennica Towers. Wieże są mnogie, trafiam wstępnie do tej złej, chłopak z recepcji kieruje mnie do tej naprzeciw. Obok jest Norblin, nie mam pojęcia, czym jest Norblin, może to sprawdzę? Pstrokaty Brzuszek zabiera tam przyjezdnych na wycieczki. Chyba nawet mignęło mi że jest muzeum, może to coś jak sąsiadujący z moim blokiem Koneser.
Dobrze mi służą te ucieczki z mieszkania, oprócz aspektu ucieczki, myślę. Trochę spaceruję (na tyle na ile pozwalają kolana, one się najbardziej na spacerach zużywają), trochę na nowo czuję miasto, jak za czasów w korpo. Korpo nie było specjalnie urocze, ale wiele wtedy spacerowałem, rozglądałem się, myślałem, przecież większość wpisów tego rekordowego roku założycielskiego musiała powstawać w głowie częściowo w takich sytuacjach. Wciąż trudno mi się myśli o innych sprawach niż o powodach ucieczki, ale na pewno łatwiej jednak, kiedy jakieś mam przed oczami. No ale nie chce mi się pakować z klocowatym laptopem więc CV znów nie ruszyłem.
Mimbla pytała, czy wysłałem, Pstrokaty Brzuszek pytał, przecież po to im mówię, żeby była mobilizacja, żeby nie było wstydu że nie ruszyłem tematu. Do tego Mimbla mówi, że coś tam znajomy szuka, ale w zupełnie obcych mi rzeczach, widzę też nowe fajne oferty, pod które niemal to samo CV by poszło przecież.
W domu mieszkaniu bezwład, w domu mieszkaniu paraliż. To gorszy tydzień, śpię pod kocem w dresie, nie chce mi się zdejmować narzuty z łóżka. Noł stress, jestem czysty, przecież ze dwa czy trzy prysznice biorę po zajęciach. Ale jednak. Nie mam ochoty na nic, jedynie książki jakoś wchodzą, ale Silksong, godot, cokolwiek, wszystko leży. Poza programem zajęć realizuję minimum niezbędne do przetrwania. Potrzebuję wyrzeźbić cokolwiek na NWO, może nie ze spraw świeżych, skoro nie idzie, niech będzie i full nostalgia? Jak rozprawka w szkole.
Wchodzę do nowego klubu, byłbym przysiągł, zrobiłem dobre wrażenie na dziewczynie ćwiczącej naprzeciw drzwi. W sumie dobre wrażenie robię na sobie, trzeba się wygolić wprawdzie, ale w kremowym swetrze i granatowym płaszczu nadrabiam. Zerkamy na siebie znów kiedy wychodzę z szatni, teraz mam już jednak w głowie że jestem na siłowni i moje ramiona pająka odstręczają. Trzeba podziękować za ten niepokój Salty, w końcu to z jej z koleżankami wieczoru wiem że facet to ma srać kasą i mieć ramiona jak pień drzewa, żeby nosić na rękach bez problemu.
Drugi raz o to pytam, po jaki złamany chuj mi to tłumaczyłaś później, że to tylko takie żarty były i wcale nie myślisz (myślicie?) nic takiego na poważnie. Why do you care?
W szatni w pierwszej chwili nie zauważam Instruktora, taką będzie miał xywkę, bo to pewnie jedyny facet w moim towarzystwie najbliższym aktywny w zawodzie. Sam mnie zaczepia, też uważa że dobrze lub schludnie wyglądam, bo pyta czy po pracy.
Mówiłem wczoraj Danielowi Craigowi, że nie będę wychodził z domu wyglądając źle, zależy mi, dobrze się z tym czuję. Czy to puste? Pewnie trochę. Ale ja potrzebuję każdej możliwej rzeczy, która utrzymuje na powierzchni, to też jakaś lina ratunkowa, chwytam się wszystkiego co poprawia samopoczucie. Stówka na miesiąc w secondhandzie sieciowym czy stacjonarnym to i tak o wiele mniej niż dowolne używki, c'nie?
Rozmawiamy też chwilę po zajęciach, Instruktor, tancerz taki że narody klękają, opowiada mi że zaczął ten Salsation rok temu. Na chwilę oblewa mnie zimny pot, bo ja w różnych formach bawię się w te tany dwa lata ponad i nie widzę szans na takiego skilla przed pęknięciem kolan, ale uspokaja mnie - on po prostu ma talent. Za małolata tańczył ze cztery lata, ale już wtedy łapał wszystko w sekundę. Odpowiadam na to swoje ulubione, że byle falki się uczyłem przez pół roku i wciąż czasem tak sobie. Chwali mi falki i daje podpowiedzi, co poprawić przy chodzonych.
Uśmiech, ciepło i serdeczność to może też jest talent.
Cudowna na reggaetonie przypominała dopiero co, że robimy trudne rzeczy, te wszystkie rolle klatką piersiową itp., mam na zajęciach nowe superluźne ciuchy, myślę że półtora roku pracy to jedno, ale fashion dokłada cegiełkę i jestem ekstra zadowolony z postępów. Jest jakoś życiowo ironiczne, że nagrywki z zajęć wrzucam z filtrem "HOME" ostatnio i jedynie widoczne dla znajomych oznaczonych jako najbliżsi, tj. odgwiazdkowałem Salty. Chyba i tak nigdy tego nie oglądała, sprawiła na mnie kiedyś wrażenie, że klika czasem te lajki mechanicznie z grzeczności. Oszczędzę jej.
Ale to jest głupie.
No ale taka prawda, że nawet zanim się zorientowałem, że tęsknię, to mi zależało, żeby jej pokazać, od kiedy tylko wiedziałem, że się interesuje tańcem i byliśmy na tych zajęciach z K-popu.
Dziś pisze, że będzie miała gości na herbatę, a co mnie to, nie wrócę do domu mieszkania przed jedenastą.
Tańczę, drugie Salsation nie pykło z listą rezerwową, więc jestem gościnnie na zumbie na Gdańskim. "Tańcz, tańcz, tańcz" - czytam, myliłem się i w ogóle nie jest to oczywiste, że zupełnie nic z tej książki nie pamiętam. Wręcz wiem teraz, że była mi w tym roku przeznaczona nie tylko przez tytuł. Możliwe że to było na naleśnikach, kiedy rozmawialiśmy o podawaniu kotom kroplówek (ale w sumie mogło być i z Salty, nie jestem pewien) i powiedziałem wtedy na pewno, że śmierć kota to jest dobra sytuacja na rozpoczęcie książki. Wyszło szydło z worka, czytałem to ze dwadzieścia lat temu i niby nic nie pamiętam, ale sytuacja ze śmiercią kota na dzień dobry jest właśnie z tej książki Murakamiego. Wezmę to za dobry omen.
Zastanawiałem się kiedyś, jak nie skończyć w życiu jak jakiś bohater opowiadania Sołtysa, na pewno nie grozi mi bycie bohaterem Murakamiego. Dziwne sytuacje zawodowe i przerwy w zatrudnieniu w sumie pasują, no ale oni jednak na ogół mają tam kogoś w życiu, a mnie nie dotyka nikt. Czasem brzmię jak jakiś incel, ffs. Do tego moje serce wiernego psa drażni, że te dziewczęta z książki to sypiają z typem na boku, a mają np. narzeczonego i dopiero się rozstają po ślubie. W ogóle seks bywa czasem w jego książkach jak rzecz, którą się zdejmuje z i odkłada na półkę. Jakie to by było wygodne.
Wierny jak pies, ale zdychający jak kot, jak najdalej od wszystkich. Głupio mi tak dystansować duet B&H, ale co ja mam im powiedzieć, że wchodzę w trzeci miesiąc płaczu i nie widać poprawy? Wcale się tak dużo w życiu nie napłakałem do tej pory, może mi się wyrównuje. Kobiety w których dostrzegasz partnerkę, może żonę, to jest kiepski materiał na współlokatorkę. Ale skąd możesz wiedzieć wcześniej, przecież to nie pierwsza laska co tu mieszka, nigdy nie było tego typu kłopotów.
Obracam te myśli w drodze z metra, nie skręcam do siebie, wlekę się najwolniejszym możliwym spacerem mimo chłodu, żeby tylko opóźnić wejście do domu, nie nadziać się na żadnych ludzi, najlepiej żeby Salty już spała, choć wiem że pewnie jeszcze nie będzie. Skręcam na Plac Konesera, wpadam na Pstrokatego Brzuszka z partnerem. Więc nie muszę jeszcze te następne pół godziny spacerować sam, miłym jest mi ten zbieg okoliczności, nie rozumiem tylko, dlaczego życie nie ma dla mnie takich zbiegów z kobietami. PB ma ostatnio powodzenie, uważa że to dlatego, że mu przestało zależeć. Nie wiem jak dotrzeć w takie miejsce i nie wiem czy w ogóle chcę, no ale to ładny kontrast. "Pogodziłem się że chyba będę sam", jak mówi, vs "pierwsza dziewczyna o której pomyślałem że mógłbym się oświadczyć" (bo była się nie rozwiodła za mojej kadencji, więc nie bardzo było jak o tym myśleć, no ale still valid).
Mamy kiedyś sprawdzić, czy damy sobie radę pomachać przez okna, to blisko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.