Mark E. Smith usiłował mnie przekonywać, ale pewnie zapomniał, że to ledwie jedna trzecia festiwalu. The Fall grają fajnie pomimo wokalisty-multiinstrumentalisty, nawalonego jak ten tam niemiecki samolot, albo może udającego trochę, kto go tam wie. Bełkot niezrozumiały dla mnie, może za słaby mój angielski, a może on niekoniecznie śpiewa swoje piosenki, tylko co mu tam ślina na język przyniesie. Wywraca mikrofony, zapobiegawczo ustawionych ma kilka, przestawia wszystko po całej scenie, zwiększa intensywność dźwięku co bardziej upierdliwych instrumentów, świszcząca elektronika, gdzieś z publiki leci pocisk, w ogóle nie zauważa, pewnie dlatego, że niezbyt celny. Najfajniej wygląda wsparcie techniczne, które stara się poprawiać po nim rozstawienie szpargałów, odplątuje kable i wygląda jak z kabaretu, jakby robili to wszystko za jego plecami. To końcówka mojego dnia dzisiejszego, ale zaczęło się od Kim Nowak.
Ledwie się na nich wyrobiłem, oczywiście należało się spodziewać, że opaski na ręce wydają zaledwie trzy okienka, do tego zupełnie bezpodstawnie wyszedłem z założenia, że autobus nie będzie stał w korkach. Co to? Wyjechało się z Warszawy trzysta kilometrów i świat ma być inny? Pewno, trochę był festiwalowy, ludzie pod dworcem niepewnie patrzyli na autobus, a później wysiadali za tymi, co było słychać, że wiedzą dokąd iść (jakby nie było stosownego oznakowania terenu). Na razie jeszcze bez konsultacji, dopiero w drodze powrotnej w autobusie rozlegają się głośne pytania - czy ktoś wie, czy on się przy dworcu zatrzymuje?
W każdym razie Kim Nowak mają fajoską płytę, całą jedną, czyli wybór kawałków ograniczony i stylistycznie to jedno i to samo. Oczywiście w ogóle się na muzyce nie znam, więc mam wrażenie, że w tej formie to już wyeksploatowany temat, dalej zostaje kopiowanie żywcem przedpotopowych zespołów, więc może ten rok jest jednym z dwóch, kiedy Waglewscy młodsi występują pod tym szyldem. Ekstra grają, tylko publika nie wie o co chodzi, nikt nic nie krzyczy, ja rozumiem, na tych zagranicznych alternatywnych, ale żeby nawet Szczura nie znać? Niebo jest ciemne, nie ma na nim gwiazd. A przecież w roli publiczności głównie takie starsze nastolatki, powinni się orientować bardziej niż ja.
Następnie 19 wiosen, którzy na koncercie są trochę mniej lo-fi niż na płytach, więc jakby bardziej dla mnie strawni, choć to niekoniecznie moja para kaloszy. Zresztą ja się lekko kiwam do wszystkiego, nawet jeśli mało mi podchodzi. Rytm, perkusja, to za chwilę u starszego Waglewskiego w Voo Voo było czuć, później po garach fajnie dawał bębniarz z The Fall, ale oni już byli. Więc tego całego Voo Voo to ja nie znam, to zupełnie nie moje pokolenie, zresztą jeśli o muzykę chodzi nie ma w niej nic mojego, bo się mało interesuję. Ale zdaje się Waglewski ważna postać, to warto popatrzeć, jak wygląda na scenie, a jeszcze lepiej, żeby usłyszeć. Sęk w tym, że jego samego słabo było słychać. I weź tu ugryź, no dobra, to się da zrobić, bo całkiem fajnie wkręcająca muzyka (kiedy nie ograniczała się do gitary akustycznej), kiwanie niewymuszone samym rytmem, tylko takie ogólne, bo fajnie - saksofon, flet i dudniące gary. Od czego są festiwale, od tego, żeby poczuć dźwięk, do tego się najfajniej nadaje taki bardzo basowy bęben zawsze.
Something Like Elvis też oczywiście nie znałem, najbardziej uśmiechnięta ekipa i tak też grali - frajda dla obu stron. Pewnie nawet to sprawdzę, podobna opinia wyrażona przez współuczestników, taki Zmywak mówił, że pierwszy naprawdę fajny koncert. Zmywak to jest wokalista Muzyki Końca Lata i znajomy paczki pod którą się podczepiłem, ale na tyle kojarzy twarze, że potrafi mi podać rękę, kiedy tej ekipy nie ma obok mnie. Więc fajnie, ale z drugiej strony zero znajomości, co tu gadać, ekipa się wykrusza na The Horrors i ze Zmywakiem też wspólnie podejmujemy decyzję o odwrocie, trochę zamulali. Idziemy i o co ja mogę zapytać, o nic innego nie mogę zapytać, nawet jeśli jako lider zespołu musi spotykać się z tym pytaniem osiemnaście razy dziennie - jak tam robota nad nową płytą. To mnie przynajmniej naprawdę interesuje, robi się, wykańcza, dopieszcza, już właściwie jest. Ale pytanie i tak durne.
W ogóle bardzo nieumiejętnie z kimkolwiek rozmawiam, bo bardzo nie mam jakiejkolwiek wiedzy na temat występujących zespołów i niewystępujących zresztą też, jestem jakby wysłany nakazem psychologa, idź do ludzi, więc idę i staram się słuchać, ale uczestnik dyskusji ze mnie marny. Tym bardziej jestem wdzięczny, że ekipa mnie pod swoje skrzydła przyjęła, bez sensu się samemu szlajać w takim tłumie.
Przedostatni koncert (jak dla mnie) - Lenny Valentino, czyli nieznany Rojek, bo pewnie rodzeństwo wielbiące Myslovitz nie ma pojęcia, że miał taki fajny projekt. Fajny, fajny, tylko jako leszcz w sprawach muzycznych jestem zwolennikiem teorii o lubieniu piosenek, które się już znało, więc te lubię na razie tylko w połowie, jedno usłyszenie to mało. Fajerwerki przy tym były, takie jak zawsze na Myslovitz, laserowe i fajerwerkowe opóźnienie dwudziestominutowe, kiedy dźwięk uciekł podczas deszczu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.