niedziela, 8 sierpnia 2010

Everything Is Always

Drugi dzień festiwalu bardzo długi, od czternastej, barbarzyńsko wczesna pora na koncerty. Wycieczka krajoznawcza przez Katowice, ta stara część z obdartymi kamienicami jest nawet ładna, pofalowana, wąskie uliczki, drzewa, słońce. Jasne, obdarte kamienice prezentują się fajnie, kiedy jest obok jakaś zieleń i słońce, jesień i zima to już porażka, wystarczy wspomnieć Łódź, w której przez rok mieszkałem.

Dotarłem na Paulę i Karola, czyli na sam początek, całkiem mieli dużą publiczność. Najbardziej podobały mi się cymbałki, sam cukier w piosenkach, jakby się jeszcze człowiek nie obudził, jakby jeszcze nie przeszedł przez całe miasto. W pewnym oddaleniu od sceny fazująca szara boginka, po prostu łał, naprawdę wkręcona, nie tylko tam wdzięcznie podskakiwała, ale widać było, że każde słowo piosenki ma na wargach. Strasznie to było fajne i wcale mnie to nie dziwi, że można się wkręcić w tak cukierkowe granie (jak dziwiło Zmywaka, który swoją drogą mimo wszystko koncert The Horrors uważa za drugi najlepszy pierwszego dnia).

Później poszliśmy na Natalię Fiedorczuk, która gdzieś tam działa w różnych projektach, co bardziej obeznani wiedzieliby bez stron internetowych, że dzisiaj będzie występować z Happy Pills, ale wczoraj pod szyldem Nathalie and The Loners. Strasznie była nerwowa na tej scenie, uśmiechnęła się ze trzy razy i zawsze zwrócona do zespołu a nie do publiki, ale szło jej zgrabnie i ładnie, może być. Ptaku w pracy zachęcał kiedyś, teraz jestem bardziej zachęcony.

Byle dzisiaj zmieniła sukienkę - określoną przez jednego z współuczestników jako niedopuszczalną. Ale kobiety to chyba i tak się przebierają często, nie powinno być tego problemu.

Pustki, wiadomo, Basia jak zawsze ma chore gardło, ale jak zawsze grają fajnie. Ja tam poszedłem z myślą "jakby wszystko miało być słabe, to oni ratują dzień", przez co podobno straciłem świetną zabawę na FM Belfast. No trudno. Dalej Mitch and Mitch robią wrażenie przebywania na rejsowym statku gdzieś na oceanie, chyba więcej nie muszę ich słuchać, pozycja leżąca w trakcie koncertu wskazana i taka była. Bez rewelacji dla mnie.

Apteka i Menda, to ryczeli współtowarzysze, ja w tamtych czasach mogłem znać Captain Jacka, zresztą z piosenek o narkotykach i kosmosie też bym nic nie rozumiał. Dobre to, Kodym z gitarą, wygląda jakby wyszedł z jakiejś Białołęki dopiero i tak też na wszystko patrzy, mierzy wrogim spojrzeniem basistę. Czy to znaczy, że mogliby dać z siebie więcej, skoro i tak już mi się podobało?

Najfajniejsze zaskoczenie - Archie Bronson Outfit. Jutubki w ogóle mnie nie przekonywały, kiedy wychodzili na scenę, to miałem w głowie wtf, ZZ Top na kwasie, bo tam dwóch takich brodaczy z powycinanymi fryzurami, a wszyscy w kolorowych workach. Ale zaczęli grać bez zbędnych powitań, cześć i jedziemy ścianą dźwięku, że nie słychać myśli. Melodyjna ściana dźwięku, to pewna nowość, przez cały koncert powstrzymywali deszcz, kropił bez przekonania. I naprawdę rozruszali publiczność, ludzie dygali bardziej niż później na Lali Punie.

Przerwa przy pobliskim grillu, z oddali Tunng brzmi całkiem zachęcająco, wpadamy akurat kiedy łapią drugi oddech, wyglądają na scenie pociesznie, gitarzysta pokracznie podskakuje, tańczą wokół siebie z dziewczyną, zmienia gitarę z akustyka na elektryczną i wio, wreszcie jest ten człon elektro z elektrofolku. Chętnie sprawdzę więcej, bo mam wrażenie, że bardziej mogą mi się spodobać numery, które słyszałem z daleka.

A Hawk And A Hacksaw, podobno mieli być Cyganie ze Szwecji, w ogóle nie byli blondynami, na dodatek internet wspomina coś o Ameryce. Wyszedłem na Pepsi, owszem, żywiołowe to i ładne i publika klaszcze bez specjalnego zachęcania, no chyba, że pada ze sceny słowo wódka, ale dla mnie niekonieczne. To nie jest muzyka, którą bym w wolnej chwili odpalał do posłuchania w domu. Później Mew, które odwrotnie niż Archie, na jutubkach brzmiało całkiem zachęcająco, ale na koncercie zrobiło się za głośne i niemelodyjne w ogóle, wokal kojarzył mi się z jakimś piskliwym A-ha, a granie już z niczym konkretnym, ściana dźwięku na jedno kopyto, prawie patatajki. Podobnie za głośne było Radio Dept., poszedłem do namiotu głównie dlatego, że mi po nogach wiało chłodem i nie wiedziałem, gdzie uciekać, tak łupali. Ale to i tak miał być taki przerywnik, już tylko czekaliśmy na Lali Punę, skuleni pod wierzbą, zmarznięci, wytrwali.

I Lali Puna była ekstra. Te wszystkie plumkania, chroboty i szelesty, jakbym siedział w wielkim mechanizmie. Wyszedłem z założenia, że pobujam się, żeby się rozgrzać, ale bujałem się i po rozgrzaniu, naprawdę opłacało się dotrwać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.