Jakże myliłem się w sprawie Natalii! Jasne, zmieniła sukienkę, żadna szanująca się kobieta nie ubierze tego samego ciuchu dwa dni z rzędu, ale zmieniła jedną sukienkę na drugą. Może to jakieś budowanie wizerunku i promowanie płyty Retrosexual Happy Pills, taka stara sukienka retro. Słaba. Jedyna słaba część występu, od którego zaczęliśmy ostatni dzień, bo dalej to już miód, maliny, jeżyny i mech. Happy Pills są na scenie bardzo luźni, bardzo zgrani i uśmiechnięci w taki nienachalny sposób. Natalia sporo żywsza niż z własnym zespołem, pewnie dlatego, że nie trzyma żadnej gitary, więc spaceruje sobie, wije się i strzela miny. Ja właściwie nie jestem pewien, czy to są jakieś przemyślane, udawane miny, ona chyba ma taki trzeźwy, sprawiający wrażenie przedrzeźniającego sposób bycia. I dogadywanie sobie, badanie publiczności, czy ktoś słyszał wcześniejsze płyty, aha, to są trzydziestolatkowie wśród publiki, jaka demaskacja, jak oni teraz mają zapoznawać festiwalowe dziewczęta? Ekstra pozytyw, z uśmiechem z namiotu, połykam happy pill.
Trzeci dzień festiwalu to jest ten, kiedy nogi mam realnie zmęczone i momenty kryzysu też są. Ile można tego nowego słuchać, nawet jeśli staram się tutaj wrażenia uporządkować, musi być męczące. W efekcie zamiast biegać od występu do występu, założyłem sobie odwiedzić konkretne zespoły, w międzyczasie odpoczywając na trawce, czy w knajpie. I nie ja jeden tak, tego dnia więcej czasu spędziłem na wysłuchiwaniu opowieści, np. Zmywak miał sporo do opowiedzenia o Lesławie, nie mam pojęcia dlaczego lecą takie wrzuty na Lao Che, ale może nie będę ich wcale słuchał. Wrzuty nie leciały na The Tallest Man On Earth, takiego ślicznego, pięknego chłopca z Ameryki, ładne macie tutaj drzewa, zaśpiewam piosenkę z dedykacją dla nich, dziewczęta mdleją, słysząc ten głos, jakby mu jakaś gula stanęła w gardle. Za słodki był na wrzuty, ewakuacja, za chwilę O.S.T.R. - nauczyciel. Nie znam twórczości, to zdaje się wytworzony w XXI wieku gatunek pomiędzy reggae i rapem, czyli siła miłości i pierdolmy rząd. Ale nie można powiedzieć, żeby typ był niewiarygodny, daje radę i nawet pasują opowieści o dwuletnim synu, albo że zajebisty artysta może być chujowym człowiekiem, no ma rację.
Gdzieś w tych okolicach na chwilę do rzeczywistości przywrócił mnie Smoczy, dzwonił z pytaniem o odpalanie Morrowinda, ale będzie marudzenia, kiedy już tam wrócę i jeszcze mi będzie udowadniał pewnie, że ma tryliard razy lepszy build postaci niż ja kiedykolwiek. Na szczęście nie da się takimi postaciami bezpośrednio ścierać.
Casiokids, chłopaki jak z przedszkola, co z tego, że brody mają. Chyba bardziej cukierkowi niż Paula i Karol, chyba jeszcze bardziej naiwni i sielscy, ale to nie znaczy, że ekologiczni, jak najwyższy człowiek świata, po prostu, zwyczajnie fajni. Skaczą po scenie, wymieniają się instrumentami, największa frajdę mają z wystukiwania rytmów pałeczkami i rzucania nimi. Hawajskie melodie wplecione w skoczne rytmy i ananasowa grzechotka. Na koniec bardzo sympatyczne zagranie z nagraniem wrzasku publiki i wpleceniu go w podsumowujący występ kawałek, jakby do tego czasu kogoś nie przekonali.
The Raveonettes to był punkt, który mnie w ogóle zmobilizował do przyjazdu, czyli ten zespół, który kojarzyłem, lubiłem i mogłem nie jechać zupełnie w ciemno. Szalenie podoba mi się ich brzmienie, jak przez tubę, albo ze studni. Dlatego wydaje mi się, że niepoważnym ze strony zespołu było granie aż trzech ballad, gdzie tylko ta jedna gitara plumka, to nie o to chodzi. No bo reszta to fajna, publika szaleje, ja mam dosyć tych dzieci w tęczowych outfitach, wymyślili sobie pogo, byście się sprawdzili z jakimiś panczurami, to może by wam przeszło pogowanie, kiedy nie trzeba. Jakaś dziewczyna przykuca, nie wiadomo, czy jej słabo, czy wiąże buta, niby się odsunęła, ale i tak trzeba bronić przed napierającymi szaleńcami, raz, drugi, trzeci, już mam pytać, czy może ją wyprowadzić, pomóc, jeśli się gorzej poczuła, a ta wstaje i dalej w pogo! A przecież swojego życia, a w każdym razie nosa i okularów też trzeba bronić, przez co połowy koncertu nie słychać. Było się pchać pod scenę.
Koniec Offa. Znaczy nie koniec, finisher z Flaming Lips, ale co ja tu będę wypisywał, co wszyscy zainteresowani i tak wiedzą. Zespół wychodzi z ponętnej kosmicznej matki, Wayne Coyne rodzi się w pęczniejącej kuli i robi w niej najazd na publiczność, za chwilę dostajemy pół setki balonów, każdy chce dotknąć, wszystkie ręce w górę. Armatki z konfetti, człowiek ufok i grzybkogłowy, pomarańczowe chłopaki i dziewczęta na scenie, ciekawe skąd ich rekrutują. Bardziej to wygląda jak karnawałowa zabawa niż koncert, wszystko się mieni, błyszczy i dymi, a ludzie zapominają, że tutaj właściwie gra się piosenki i śpiewa i że zespół całkiem fajnie łupie nawet kiedy wodzirej Wayne jest odwrócony do publiki plecami. I dlatego pewnie co chwila powtarza c'mon Poland, przez co jestem rozdarty pomiędzy niezrozumieniem dla współuczestników, którzy w moim sektorze jakby słabo się wczuwali, a niezrozumieniem dla Coyne'a, który widząc niezdecydowany, zakłopotany opór widzów, mógł robić swoje bez tego ponaglania. Rewelacyjny koncert.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.