Co to ma znaczyć, że przeznaczenia nie ma, jeśli zbiegają się w moim życiu okoliczności dokładnie tak, tłumacz tu sobie, że kowalem własnego losu i Ty też jesteś Bogiem.
Spędziłem najbezpieczniejszy weekend tego roku, zlało mnie, kiedy rowerowałem do Smoczego, w sumie zebrało się nas pięciu, ewentualne kobiety jedynie dzwoniły i oczywiście żadna z nich do mnie, czyli mogliśmy mieć po te czternaście lat. Jeśli cokolwiek poważniejszego zostało powiedziane, to dopiero w godzinach nocnych, bo słuchaj, muszę się napić, żeby o tym. No skoro tak muszą to okej, ale przecież musiał być ten weekend oczyszczający. Kiedy siedzi nas pięciu dwudziestokilkulatków w jednym pokoju nad tą samą grą, biegamy między wieżami, ostrzeliwujemy się, myśleliśmy, że grając ekipą na komputer rozk... no, w każdym razie tanio skóry w kosmosie nie sprzedamy. Punktacja do dwudziestu flag, poziom trudności nastawiony lekko powyżej połowy, to chyba powinno być okej. A jednak przegrywamy osiem do zera, Ci mniej niedzielni gracze nie mogą uwierzyć, więc kiedy jedna krowa nareszcie biegnie z flagą w stronę naszej bazy - doping ma lepszy niż reprezentacja w najlepszych (?) czasach. A kiedy ostatecznie wygrywamy dwadzieścia do dziewięciu, piątkom i poklepywaniu się po ramionach nie ma końca. Do tego ze cztery kilo frytek, ze trzy kilo kurczaka i keczup - najmniej zdrowy weekend tego roku, powrót już właściwie w poniedziałek. Ekstra.
Ledwie wstaję, ledwie znajduję jakieś spodnie, ledwie wychodzę z domu w stronę bankomatu (bilet trzeba uzupełnić) i drogę przebiega mi czarny kot. To myślę, jak nie należy, że będzie fatalny dzień, po czym się poprawiam, że do kotów nic nie mam, że głupio tak od rana myśleć i że fajnie błysnął żółtozielonymi ślepiami.
Kupuję jakieś kanapki i drożdżówki, przypominam się o konieczności przywrócenia utraconego w piątek zasilania, prawie zderzam się z szefem, boli mnie głowa, aż nadchodzi ten najważniejszy moment - dowcip dnia. Dni robocze mają wiele dowcipów, ale tylko niektóre przechodzą do historii. Ten powinien, choć budowę miał prostą jak konstrukcja cepa (ile osób wie, jak wyglada cep?) - nagryzmolić markerem coś na monitorze i wyłączyć go, żeby ofiara po powrocie się zdziwiła. Więc wróciłem, jakaś dziwna puszka stała na biurku, włączyłem i widzę napisy.
Redrum, REDRUM, redrum.
Okej, nie wiem co to znaczy, nie mogę niestety docenić, bo niewiele oglądałem filmów, czy czytałem powieści. Więc niby dowcip zupełnie nieudany, tylko skołowanie. Ale! Psotnik objawia się szczerze ubawiony i wyjaśnia tę puszkę - bo widzisz, chwyciłem pierwsze co było pod ręką i wychodzi na to, że niezmywalny.
Ta puszka to do czyszczenia tablic, oczywiście bezskuteczna. Ostatecznie udało się środkiem na oparzenia, po intensywnym szorowaniu. To też pomysłowe, żeby szukać czegokolwiek, próbować, ja bym tam wytrzymał do jutra, jakąś benzynę by się przyniosło. Telefonem zdałem z tego wszystkiego relację Głazowi, bo ma urlop, miałem pomysł, żeby chłopaka nie stresować i wysłałem z prywatnego na prywatny - niech ten przebrzydły firmowy nie dzwoni. Naprawdę byłem z pomysłu dumny. Wyszedłem z pracy i nawet mniej głowa bolała, nawet poczytałem w autobusie, na koniec mnie uśpiło, jakby momentalnie zszedł cukier, więc prawie spadłem z siedzenia, ale przynajmniej obudziłem się na swój przystanek.
Na parkingu przed blokiem leży zdeformowany czarny kot, wyraźnie przejechany przez startujący z miejsca wóz, z martwymi żółtozielonymi ślepiami. Patrzę na niego niewesoło, za dwadzieścia metrów słyszę krzyk, chyba dziecko z wózka, tam obok kota. Naprawdę powinien być jakiś dreszcz przy tym uczuciu. W domu wyciągam z kieszeni telefon swój i mniej swój, firmowy, który, jak się okazuje, zapomniałem zablokować i wysłałem Głazowi dwie serie losowych znaków na ten przebrzydły firmowy numer.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.