poniedziałek, 29 listopada 2010

Jak kruchy sopel lodu

Sprytny się sobie dzisiaj wydaję jak mało kiedy. Wczoraj bolała mnie głowa, to sprytnie położyłem się spać wcześnie, po czym obudziłem się bez bólu i znów pół nocy przeleżałem bezsennie, ale te kolejne kilka godzin snów (szkoda, że nie wiadomo jakich) naładowało mnie na cały dzień już. Jasne, zimno, ale przecież zjadłem w domu śniadanie, a to się zdarza kilka razy w roku, a do tego zrobiłem tonę kanapek, już od rana zakładając, że nie wracam na swoje przedmieście przed nocą. I piszę teraz z pracy, przypomina mi się taki prawie wierszyk, który bardzo podobał mi się rok temu, wymyśliłem go w autobusie, był to siedemnasty grudnia, uratowałem sobie tym podróż:
spadł śnieg już
niepierwszy tej jesieni
kierowcy utknęli w korkach
i autobusem też jedzie nienawiść
To znaczy oczywiście, że zawstydziłem sam siebie, jak Turbodymoman albo Chuck Norris, albo ktokolwiek inny, nie widziałem ostatnio, żeby ktoś był na topie. Wydaje mi się, że żeby to był prawdziwy wierszyk, to nie to, że powinien mieć rymy, ale chociaż odwrotne schodki - trudno. Pasuje i dzisiaj, bo śnieg sypie od soboty, tak widocznie, bo przymiarki były nawet wcześniej, tylko nie sypał na tyle gęsto, żeby otulić świat. Szalenie mi przykro, że nudzę jak wszyscy inni, to jest o śniegu, choć w drugiej dobie zimy na fejsie pojawiają się wreszcie jakieś ironiczne komentarze - Czy ktoś jeszcze nie zauważył, że pada śnieg? Sam od czasu do czasu odpalam Śnieżne reggae.

Przygotowuję się do przeczytania tej biografii Chopina, czyli też go słucham, już dawno temu Cytat dostarczył pliki. Staram się zapamiętać, że to co mi się podobało, to jest Etiuda C-dur. Odkrywam, co to w ogóle jest etiuda, kiedy dziwię się krótkim utworom na plejliście - okej, utwory wirtuozerskie, popisówa. Ładne, ta akurat jest trochę chyba lżejsza niż inne, pewnie dlatego zapada w pamięć.

Staram się też na bieżąco sprawdzać warszawskie serwisy informacyjne, co tam jest przejezdne, czy cokolwiek, czy może jednak próbować przezimować na Kabatach. Tak trafiam na Ciekawy przypadek Henryka - człowieka, który czyta. Jako najzwyklejszy w świecie korporacyjny żuczek zawsze jaram się historiami o ludziach żyjących poza systemem. Meteo zapowiada minus dwadzieścia w tym tygodniu, tam w squacie, w centrum miasta żyje kilka osób, to będzie zakończenie jak w Into the Wild, czy jednak delikatniej trochę, jak w widzianym dwa tygodnie temu w Lunie Nothing Personal? Oba mi się podobały, ale nie rozpiszę się o żadnym jak o Pielgrzymie, bo mi dzisiaj Młot zażartował, że fajna recenzja. Ten typ, co to widział setki filmów niekoniecznie z Hollywood, Lars von Trier i kina koreańskie, albo w ogóle alternatywy od alternatywy, zna się na rzeczy, a w każdym razie mówi o nich z pasją i wymienia się przez płot z Cyganem. Ja się nie znam, więc proszę mi tu plakietki recenzja nawet w żartach nie przyklejać. Lubię po prostu, kiedy ktoś mi ładnie opowiada jakąś historię (filmy poza światem), a nawet lubię, kiedy w filmie historia jest umowna, ale fajnie się tłuką.

Chyba sam siebie tu w jakiś kozi róg zaganiam, pewnie chodzi o to, że z jednej strony podoba mi się luz, a z drugiej boję się cokolwiek robić poważnie. Tak sobie myślę, w końcu jest zima, nie ma lepszego czasu na myślenie. Pewnie za tydzień i tak przejdzie, a na pewno do świąt!

W piątek byliśmy na koncercie, przekonałem do wspólnego wyjścia trzy osoby (czwarta dotarła niespodziewanie!) i to raczej nie ulotkami na fejsie. I tak od początku wiedziałem, że słaby ze mnie będzie ambasador marki, za mało bywam w towarzystwach. Ale przynajmniej miałem frajdę. W lokalu byliśmy jeszcze przed dziewiątą - przywitał nas zespół, który o osiemnastej grał próbę. Nawet pozwolili się dosiąść - tj. Zmywak pozwolił, a Maku się zmył za chwilę, więc może on jednak nie pozwolił. Mogłem z pierwszej ręki (Piotr Majszyk, basista) posłuchać o dolach i niedolach chłopców z gitarami, dla mnie takie opowieści to wciąż nowość. Mogłem podsunąć Kobiety do grania w knajpie, ale na szczęście didżejowanie musiało się skończyć, kiedy Maki wbiły na scenę. To znaczy Maki i Chłopaki, to znaczy Mistrzowie, niech się te rzeczy razem indeksują w googlu kiedyś.

Wcześniej Piotrek mówił, żeby ich o płytę lepiej nie pytać (Niepoprawni optymiści!), czyli koncerty wciąż jedynym źródłem piosenek. Jeden jest tutaj i jeśli jesteś jednym z dwóch czytelników, którzy jeszcze go nie mają, to koniecznie nadrabiaj zaległości. Najwyżej się, jak Scott, nie spodoba. Ale! Jeśli jesteś tym z dwójki, któremu również się Scott podobał, to możesz sobie darować - zdaje się, że już próbowaliśmy. Jaka ładna symetria. A dla mnie są Mistrzami. I wiem już, o co chodzi z muzyką z księżyca - dzięki! Dobrze było w tej przerwie od koncertów przybić piątkę, myślę, że widzimy się tam w piątek, będzie więcej piątek, a może usłyszę jakąś historię.

No i teraz tak - nie wyczerpałem jeszcze limitu słowa Mistrz na wpis, nie ma limitu na wpis, może jest jakiś limit roczny, ale przecież go nie nadużywałem do tej pory. Muzyka Końca Lata to też są Mistrzowie. Dalej google, indeksuj! No weź no! Miej duszę, bezduszny algorytmie! Po Makach nie miałem już głosu wrzeszczeć czy dopingować, przecież nie przy każdej ich piosence wrzeszczałem, bo przez ograniczoną dostępność nie każdą znam, ale jednak stał się cud i dałem radę krzesać z gardła charkot, który przy odrobinie dobrej woli możemy nazwać wrzaskiem. Moi towarzysze dygali, czyli mogłem charczeć z czystym sumieniem, a nawet mogłem mieć ich wsparcie, kiedy po epizodzie z oświadczynami Zmywak obwieszczał piosenkę dla tych, co nie mają tak dobrze i nagle miałem ich dłonie na ramieniu, i patrzyli na mnie, bo oczywiście w XXI wieku ręka położona na ramieniu to jest trochę prześmiewczy gest, to już nie do końca wsparcie czy współczucie, ale tu akurat było tyle sympatii i frajdy, że - tak to sobie ujmę - Fenoloftaleina.

I publiczność też dopisała i dostała trzy piosenki na bis. Jedna piramidowa - zainspirowana pierwszymi czterema płytami King Crimson. Masz, a ja znam tylko tę pierwszą trochę. W tym momencie szyderca Maku krzyczy ze sceny - Bo wszyscy kochamy King Crimson - jakoś tak. Nie wiesz o co chodzi z szyderą, ja to tak rozumiem, że publiczność MKL to z jakiegoś powodu (ładne piosenki) głównie młode dziewczęta, a Robert Fripp z ekipami (bo to się zmieniało jak kojarzę) puścił cztery pierwsze płyty zanim się te dziewczęta urodziły i trzeba być na innym levelu bycia tru, żeby kojarzyć. Może przesadzam?

No bo tak, ja nie tak dawno też nie wiedziałem, że jest coś takiego, sprawdzenie zaproponował rok temu zapoznany na koncercie w CBA znajomy. Ale hej, świat jest wielki, uczymy się go po trochu. Dobre to.

poniedziałek, 22 listopada 2010

I'm in love with my sadness

Przez ostatni tydzień wyrobiłem normę za pół roku oglądania filmów. Jakoś nie mogę się przekonać do literek, do tego gdzieś w środku czuję potrzebę pogrania w coś, a to gwarantuje miesiąc bez społecznych interakcji. Na razie jeszcze się opieram, ale dzisiaj obejrzałem Scott Pilgrim vs. the World, gdzie z pokonanych złych ludzi wypadają monety, a walki wyglądają bardziej jak ze Street Fightera niż wyglądały w jego filmowej adaptacji z Van Dammem. Więc balansuję na granicy nieodparcia.

Że koniecznie muszę obejrzeć ten film, to wiedziałem już po trailerowym teledysku (przy okazji namiar na fajne Metric). Wszyscy moi fajni koledzy, którzy mają PS3, na pewno dawno temu ogarnęli sprawę dostępnej gdzieś tam w sklepie (PSN?) gry, a może nawet znają komiks. Ja komiksu nie znam, ale ośmielę się stwierdzić, że to najfajniejszy z komiksowych filmów - z tych filmów o najbardziej herosowatych superherosach, jak pająk, nietoperz i mutanci. Sin City nie widziałem (ani nie czytałem), ale przynajmniej wiem, że to inna kategoria. Zanim Smoczy wyjechał do Niemiec oglądaliśmy u niego parodię tych superbohaterskich filmów - o człowieku ważce. Taki do obejrzenia w towarzystwie właśnie. Scott Pilgrim jest milion razy lepszy, bo miałem z niego frajdę samemu, naprawdę nieziemską frajdę. Ten film to spełnienie marzeń po prostu.

Z ekranizacji Spider-mana najlepiej pamiętam początek pierwszej części, kiedy Peter już po ukąszeniu nie panuje nad mocą i wdaje się w szkolną bójkę. Filmowy Spidey nie jest tak atletycznym typem jak komiksowy, w ogóle jest o wiele bardziej ciapą niż pierwowzór. To dla tych wszystkich gości, którzy w szkołach pełnili rolę popychadeł. Więc kiedy unika wymierzonego przez osiłka ciosu, zerka za mijającą go pięścią, przed siebie, z niedowierzaniem znów za pięścią - uśmiech ciśnie się na usta. No a dalej jest już gościem w rajstopach, a Ci w filmach wyglądali dobrze chyba jedynie w Facetach w rajtuzach. Apsik.

Bajer Scotta polega na tym, że nie przywdziewa rajstop. Przez cały film jest zwykłym chłopakiem, tylko trochę ładniej się z innymi chłopakami tłucze. Dostaje wciry, ale podnosi się i tłucze dalej. Zawsze znajduje sposób, albo ktoś mu coś podpowie. Zamiast przenosić komiksowego superbohatera do prawdziwego świata, Edgar Wright przeniósł do prawdziwego świata fizykę 16 bitowych scrollowanych mordoklepek i dołożył do tego efekty świetlne z Dragon Balla. Reszta to skondensowany serial dla młodzieży, jedna dziewczyna, druga dziewczyna, trzecia dziewczyna, byli faceci (league of evil ex boyfriends). Czy to nie jest marzenie każdego nastolatka? Kiedy staje u progu dojrzałości i okazuje się, że wielu życiowych kwestii nie daje się załatwić tak jak robił to z przeciwnikami Batman? Przynajmniej w tym filmie może. I może to robić w koszulce z napisem ZERO i gwiazdką, zamiast w rajstopach. Ja też sobie kiedyś sprawię taką koszulkę, ale w ważnych życiowych momentach nie wyświetli się nad głową The Infinite Sadness. A teraz czytam, że jeden tom komiksu dostał taki podtytuł. Dalej muzycznie - chłopak ma kapelę, gra na basie i rozpoczynając występ mówi:
- Hej, jesteśmy Sex Bob-omb, za chwilę zrobimy emo i będzie wam smutno i w ogóle.
I grają. Luz, dystans, o to chodzi.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Skalpele, dissiki, rowerki

Gdyby ktoś się nade mną zastanawiał, co się dzieje i takie tam, to wypadałoby wytłumaczyć się, albo rzucić przynajmniej jakieś ładne łgarstwo - żeby napisać jedno zdanie, należy przeczytać tysiąc stron, jakoś tak. Nie da się ukryć, że z czytelnictwem się opuściłem, w autobusie wciąż Wilk stepowy, a to nie jest długa książka. Czytałem ją już, ale przecież jestem w zupełnie innym miejscu w życiu teraz, więc odczytuję lekko inaczej, nie będę zostawiał. Toż to nie Ulisses, ale jakby kto pytał, skąd wzięła się w mojej głowie pierwsza o książce Joyce'a wzmianka, to właśnie z okładki Wilka. Oczywiście muszę kiedyś przez niego przebrnąć, będę mógł przestać nad nim biadolić, albo może będę jakoś sensowniej biadolił, bo przecież nie może być tak, że samego siebie tutaj zaczynam zanudzać.

Główną atrakcją ostatniego tygodnia była Iwona.

Mam nadzieję, że zrobiłem wrażenie na przynajmniej jednym czytelniku, mam nadzieję, że nie każdy czytelnik od razu skojarzył ten syntezator mowy, tylko może pomyślał, że ma potwora jakiegoś amatora. Najpierw syntezowaliśmy coś ładnego, a później już coraz mniej ładne rzeczy, w ramach pomysłu na dissowanie się w pracowniczym gronie. Wiadomo, że pierwszy pojazd poszedł na mnie (do tej serii odnośników konieczny jest dźwięk), ale jestem z niego dumny, ponieważ zawiera jedną z najprawdziwszych rzeczy, jakie zdarzyły mi się na przestrzeni ostatnich lat - moją ziomalską ksywę. Kiero. No dobra, dla niektórych to jest jasne, że chłopaki, co to kopią piłkę, mówią tak do każdego trenera pewnie, to później do przełożonego też. Dla mnie to nie było jasne i jest ekstra. Nareszcie jestem ziomkiem z bloku, choć poza pfk nie znam nic.

Zakres tematyczny dissów szeroki: kiepskie fraszki na uzależnienia, amatorskie opowieści rowerowe, niepoważne zalecenia dietetyczne, eklektyczne miszmasze kinowe, a nawet utwory moralizatorskie. Oraz kilka mniej cenzuralnych, których nie przytoczę, gdyż i tak nie pytałem o zgodę na publikację nie swoich. Jeszcze by się bardziej obrazili. Zrobiło mi to humor na cały dzień, szczerze polecam, oczyszczające, terapeutyczne, mistrzostwo świata.

Nie wiem, czy nie będę musiał odszczekać, jeśli już kiedyś spotkamy się za garażami.

W sobotę organizowałem odwiedziny u Młota, już dawno obiecywaliśmy sobie obejrzeć wspólnie niezależne dokonanie holendersko brytyjskie: Human Centipede. Chciałem tu wzorować się na Głazie, który wybiera filmy do oglądania, dzieląc je na dwie kategorie: ocenione na filmwebie poniżej 4, oraz ocenione na filmwebie powyżej 7. Do tej pierwszej należał swego czasu (tak ze trzy lata temu) Shoot'em up, mistrzowska parodia kina akcji, którą pokochaliśmy wtedy od pierwszej marchewki. Później nie dowierzałem, kiedy czytałem dyskusje wokół filmu - dissowanego często w kategorii "poważnego" kina akcji. A może po prostu nie doceniłem czyjegoś poczucia humoru. Niestety, na Stonodze srogo się przejechaliśmy, na szczęście nie wpadło nikomu do głowy oglądać tego samodzielnie. Niby trailer mówił wszystko, ale oni musieli obejrzeć. To jest pewna cezura, kiedy śmierć i wszelką torturę mamy na początku XXI wieku opatrzone i oswojone, przechodzimy z cywilizacji śmierci do cywilizacji gówna. Nawet jeśli nie ma co brać tego na poważnie, to ja jeszcze nie umiem uczciwie, żywo, bez mdlącego ucisku w żołądku, żartować sobie z tematu. I nawet jeśli zmusimy się kiedyś do obejrzenia zapowiedzianej podobno kontynuacji, to tylko w ramach wstydliwej wspólnoty, która musiała się tego wieczoru zawiązać. Nie polecam.

Posiedzieliśmy jeszcze kilka godzin, bo okazało się, że będzie taksa, Guitar Hero, Buzz i pizza, to oczywiście tylko coś dla zajęcia rąk, bo głowy zaprzątnięte mieliśmy zwyczajowymi rozważaniami spraw damsko męskich, zdaje się, że ani razu nie pojawił się wątek kredytów mieszkaniowych - to pewne osiągnięcie. Wyszliśmy o trzeciej, jaka ta noc była ciepła, bezwietrzna, żeby tylko mieć rower i żeby tylko nie być aż tak pijanym. No ale ugadaliśmy się z Głazem, że pojeździmy nazajutrz, jeśli tylko dopisze pogoda. Pół godziny po dwunastej obudził mnie telefon od Bazyla, w tej samej sprawie. Obiecałem zebrać się przez godzinę i od razu napisałem też do Głaza, żeby się chłopak ogarnął, wstał, wyjrzał za okno, bo idziemy na rower. Zacząłem robić jakieś kanapki, szukać plecaka, takie tam.

Wtem!

Głaz odpisał, że on już bryka. Zdrajca!

Oczywiście wiem, że to ja go nie doceniłem, byłem pewien, że po browarnej nocy wciąż jeszcze będzie w leżu. Ja nie piłem - a byłem. Jakby nie patrzeć, twardy zawodnik z niego.

wtorek, 9 listopada 2010

Niby idę na koncert, a jednak życie to wciąż surfing

Kiedy jechaliśmy na koncert, pogoda zachowywała się niezbyt wyraźnie, takie siąpienie, wsiadałem do samochodu przez kałużę. Niektórzy mi mówią, że jest paskudna, ja sobie mówię, że pogoda mnie nie rusza jednak, a nawet mam trochę frajdy z miejskich kolorów w ciemności - pomarańcze, pomarańcze! Brat zaparkował przy Pasteura, był czas, ale przyspieszyliśmy kroku, bo było też zimno. Może to skądś przywiało, może jakaś inna gęstość albo ruch powietrza, bo dzień wcześniej wracałem o tej porze z pracy i było spoko, a termometr niby też mówił ponad dziesięć. Przed och teatrem wielka dmuchana reklama, ni w pięć ni w dziesięć to, choć też pomarańczowa. W środku faktycznie teatr - przestrzeń i ludzie wyglądający nie do końca koncertowo, siedzący w kawiarence (herbata po 12 złotych, nie wiem jak latte), scena jak z filmowego wernisażu (prawdziwego nie widziałem). Kobiety grały poprzednio w Warszawie przeszło rok temu, chyba, że coś przegapiłem. Grały w nieodżałowanej Jadłodajni - ja się na tyle nie zdążyłem przyzwyczaić, żeby żałować, ale tak się mówi, to okej - i Nawrocki marudził wtedy w stylu to koncert za dychę, czego się spodziewacie? Myśmy na koncert nie marudzili wcale. Mnie się szalenie podobało, a ponieważ jestem najmniej osłuchaną osobą w towarzystwie, rozumiemy przez to, że było - hadzia! - epicko.

Albo zajebiście, albo ekstra, albo po prostu fajnie, dobierz sobie słowo.

Oczywiście geneza tej miłości jest bardzo prosta, jest to miłość własna, nie ma możliwości, żeby nie podobała mi się piosenka z tekstem jestem super sam, wystarczający.

Założę się, że wczorajsze koncerty były jakoś ustawiane specjalnie, zresztą sam wodzirej (nie chce mi się szukać, kto zacz, ktoś z Radia Roxy) w niby to rozmowie z Tymonem przyznawał to. Trawiliśmy go, rozumiejąc, że to leci do radia i pewnie dla radiowego słuchacza jest całkiem ciekawe, kiedy opowiada o występujących postaciach. Tymon za to wyglądał, jakby bardzo się powstrzymywał, żeby z niego tam publicznie nie pompować, kiedy go wołał po występie na scenę, bo mieliśmy porozmawiać.

Ciężka robota, wywoływać do rozmowy Tymona, który odpowiada - Słuchaj, po koncercie zostało mi 20 IQ, nie mogę odpowiadać na tak trudne pytania.

Tak naprawdę to ja wciąż nie jestem pewien, czy to na pewno Tymon, bo wszystkie wizerunki, które kojarzę, przedstawiają kudłatą postać, a ten tam był taki zupełnie bez kudłów. Do tego - jakem niedzielny słuchacz - pewien jestem tylko, że dłubał w Weselu i przedstawieniu, którego nie widziałem, a jak wyglądał wodzirej też nie pamiętam. Więc na pewno ostrzygł się specjalnie, żeby mnie skołować. Oczywiście wiedział, że nie byłoby to do końca fair, więc w ramach fajnego koncertu dołożył mi do zestawienia internetowych piosenek Wirtualną miłość, która ma wiele więcej sensu, niż oczerniane tu niedawno Bobry, a wypuszczono ją ładnych kilka lat wcześniej (2001). To wciąż jeszcze czas połączeń telefonicznych, liczenia minut i impulsów, a do tego ten słynny wirus I love you, same prawdziwe rzeczy. Ja dostałem niespodziewany list o tytule I love you gdzieś w 2008 i z miejsca chciałem skasować, ale na szczęście za chwilę zorientowałem się, że koleżanka ma fazę na T.Love.

Nawrocki był grzeczniejszy niż w Jadłodajni, wszystko zagrali bardzo grzecznie, nawet kiedy w połowie Przygody na Helu wstawili kilka fajnych minut fazowania, a Karol wyciągał nie wiadomo skąd różne takie grzechotki. Nawet zadziorny przecież Bi Automat był grzeczny i w ogóle dla mnie było za krótko, nawet jeśli bardziej podobało mi się szarpanie sprzed roku. Nie było skąd wziąć setlisty, może brat uzupełni, jeśli coś przegapiłem: Pink Piguła, Doskonale Tracę Czas, Pif Paf/Bingo Bang, Dżuma, Marcello, Kaszubski Szaman, Przygoda na Helu, Bi Automat, We Are The Mutants. Mało, ale mają wrócić na wiosnę. Oby bez radia, jakie nie na miejscu stwierdzenie, jeśli takich właśnie zespołów miałbym w radiu ochotę słuchać.

Homosapiens za to nie byli wcale transmitowani i pewnie dzięki temu najbardziej oswoili teatralną scenę, bardziej nawet niż wcześniej Tymon, a Tymon się pokładał z mikrofonem i krzyczał do niego złoooo! Grzegorz (Ha! umiem na majspejsie sprawdzić wokalistę) podskakiwał jak Fred Durst w teledyskach. Jakby co, sorry Grzesiek, to nie ma być żaden pojazd, ja po prostu jestem z takiego pokolenia, że Twoje teledyski przegapiłem. Z tego co w necie na pewno grali The wheel i Ricardo i szczególnie ten pierwszy jest bardzo sympatyczny, kiedy jest w tym plumkaniu więcej dźwięku. Skutecznie przekładał przy tym mikrofon przy piruetach i nawet zrobił jednego fikołka. Fachowo zwie się to przewrót w tył, a że zrobił to nic przy tym nie przewracając, to nawet Tymon musiałby pokiwać głową z uznaniem. Kiwał, kiedy na scenę wyszły chłopaczki z The Power Outlet i robił to nie tylko dlatego, że gra tam jego syn, ale również, bo wcale ładnie grali te klasyki.

niedziela, 7 listopada 2010

Życie w szponach wyobraźni

Pokój, siedzę na kanapie z kimś, wchodzi koleżanka z czasów szkolnych. Opowiada, że odłożyła już sto tysięcy złotych na mieszkanie, przez trzy lata od kiedy się widzieliśmy. A ty ile odłożyłeś, pyta mnie. Migam się od odpowiedzi, komentuję, że pewnie więcej zarabiała, będąc w Ameryce, to musiałaś odkładać ze trzy kafle miesięcznie? W trakcie rozmowy siada na mnie, jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi - erotyzm nie jest wliczony w tę przyjaźń. Inni wychodzą, a ja nagle wiem, że ona jest potwornie smutna i staram się na pociesznie przytulić. Jednak ona wyślizguje się wszelkim próbom, nie, nie opiera się, po prostu jest tak wiotka i jakby w jakimś śliskim dresie. Kiedy się ześlizguje, muszę ją podnieść z podłogi i spróbować jeszcze raz, w poszukiwaniu odpowiedniego układu ciał.
Sen to czwartkowy, zanotowany na zebraniu, a później jakoś nie było czasu, żeby się tu podzielić. Dzisiaj miałem już kolejny, zupełnie inny, ale po drodze przecież się coś działo. Na przykład w ramach jednego fajnego projektu, który staram się zrealizować w pracy, wyważałem otwarte drzwi - no jestem amator, a nie programista, nie mam czasu zapoznawać się z pełną specyfikacją języka, więc wcale nie spodziewałem się, że funkcja do kopiowania plików nie to, że nie istnieje, tylko odmiennie od pozostałych funkcji powiązanych z plikami, nie zaczyna się na "f". Hej, dlaczego miałaby zaczynać się na "f", jeśli może nazywać się po prostu "copy"? Strasznie mi się to podobało, kiedy wpadłem na nią w chwilę po tym, jak ręcznie zrobiłem przepisywanie tych plików.

Później była firmowa impreza kręglowa, na której dla odmiany niewiele było żenady, bo większość koncentrowała się na meczu, a nie grze. Ja najpierw musiałem zapytać, czy nasi są biali, czy niebiescy, a później dowiedzieć się, w którą stronę którzy grają. Na szczęście na tyle jestem rozgarnięty, że kiedy słyszałem zachwycony ryk, to wiedziałem, że padła bramka, sam ryczałem i oglądałem powtórkę.

Ktoś rzucił hasło uczczenia zwycięstwa odpowiednio zwącym się browarem, ktoś inny, że jak poprzednio (nie wiem, kiedy to), na powietrzu, wprawdzie trochę padało, ale znalazło się niezłe miejsce pod przejściem nad jezdnią. Stoi pięciu chłopa, korporacyjny element, i z rozrzewnieniem wspomina, jak w liceum ukrywali browary po kieszeniach i plecakach, a później zeszyty do wyrzucenia, ale taka cena unikania przyłapania. Marudzą, tęsknią, jakie to życie mieli wtedy proste, a ja słucham i uśmiecham się, bo ja to jakimś sposobem wszystko ominąłem i nawet nie jestem pewien, czy tęsknić. Zawsze są jakieś problemy, tamte już przeżyte, więc pewnie dlatego tęsknią. W drodze powrotnej z Głazem dyżurny temat, kto gdzie mieszkanie i po ile, czy to już czas na kredyt, czy w ogóle zdolność kredytowa, czy trzeba czekać na kogoś, straszne. Wcześniej w kuchni dosiadł się do nas szef - O czym gadacie?
- Zbieramy na mieszkanie dla Głaza, cegiełka czterdzieści tysięcy!

Wczoraj po pracy plan na wytchnienie, nie dodzwoniłem się do Czarnej Mewy, jeszcze we wrześniu obiecywaliśmy jakieś wyjście. Odebrał za to niezawodny Katastrofa, tu bez wyjścia, z odwiedzinami. Na Kabatach również jego Smorka, nie spodziewałem się jej, mówił przecież, że się uczy, no ale skoro jest, to przecież, że uśmiechajmy się. Polecali jakąś książkę o wyłażących z głębin płaszczkach, ja sobie przypomniałem, że wikipedia ma artykuł o wielkich kałamarnicach sprzężony z artykułem o kaszalotach, bo gdyby ich nie zjadały, to pewnie byśmy nie wiedzieli, że takie są, a oni doszli, że z ryb czy stworzeń głębinowych faktycznie tam niewiele informacji - pewnie nie pisałem, że oboje dzielą zamiłowanie do biologii, więc mogą z takim oceanicznym tematem płynąć. Na szczęście nie na tyle daleko, żeby nie poczęstować obiadem, nie dość, że wyszedłem pełniejszy, to jeszcze z książką Iwaszkiewicza o Chopinie (płaszczki mnie jednak nie skusiły). Będzie jak znalazł, kiedy już przebiję się znów przez Hallera. Pożyczył mi to K2, on z kolei zajmuje się muzyką, widziałem kiedyś różne biografie u niego, więc w związku z Harrym szukałem Mozarta, ale na Fryderyka też jest okoliczność w tym roku.

I żadna z tych rzeczy nie tłumaczy dzisiejszego snu.
Wyglądam trochę jak Batman. Skrywam się w kurhanach, po kryjomu wyłapuję i pokonuję wrogów, którzy wdzierają się do ciągnących się pod nimi jaskiń. Wokół ciemność, noc, te kurhany się czasem zapadają, rządzę. Później szturm na siedzibę wroga, tym razem już w jakiejś armii, wielu nas. Przebijamy się przez korytarze, to dzieje się w kosmosie, musimy dotrzeć do centrum stacji, gdzie czeka na nas główny wróg, główny boss.

Wiadomo, że to ja go muszę rozwalić, wskakuję tam, ostrzeliwując się, pomieszczenie jest duże, okrągłe, walczymy. I kiedy ja mam wygrać, to on wdusza tajny przycisk, a podłoga w środku pomieszczenia otwiera się na kosmos i spadam w przestrzeń.

Prostuję się tylko, żeby lecieć szybciej, bo skądś wiem, na czym polega ta pułapka, oni specjalnie nas wpuścili do samego serca, żeby tym łatwiej nas zniszczyć. Spadam w przestrzeń a za mną spada bomba, jakie to słowo jest nieadekwatne do skali zjawiska - to jest pocisk atomowy, który zniszczy wszystko z czym przybyliśmy.

Myślę tylko, żeby zamknąć oczy, to może nie stracę wzroku, czuję wybuch i dwa smagnięcia po nich - nawet jeśli będę widział, to na zawsze zostaną mi pionowe znamiona na białkach.

środa, 3 listopada 2010

Everything is kept inside

Jak pięknie zaczął się listopad, wolny poniedziałek, no jasne, to nasze prawo gwarantuje taką wolność, ale piętnastu stopni ciepła niestety nie, więc tym bardziej należy docenić. Pojawiły mi się w głowie złote litery, najpierw czytałem o takich literach, kiedy w kryzysowych sytuacjach Pug rzucał potężne zaklęcia, później opowiadał o nich Harry Haller - niebiańskie interwencje. Mnie napisało się nie siedź na fejsie, idź na rower i tak też uczyniłem, a nawet uczyniłem zdjęcia w trakcie. I było to dobre.

Staram się nie oglądać prognoz, zaklinam sobie, żeby się tak do weekendu utrzymało, już bliżej niż dalej, to może rowerem odwiedzę Cytata. W tygodniu oczywiście praca, a że zmienił się czas, to do życia zostaje wyłącznie ciemnica. Mówią, że niedobór światła powoduje jakieś stany depresyjne (z szacunku dla tego ich paktu nie czytam nic, co publikuje się o chilijskich górnikach już po wyciągnięciu, może na wyrost, może jednak się nie wygadują), to wprawiam się, zamiast BSS słuchając Joy Division. Zanosiło się na to już tydzień lub dwa wstecz, kiedy grali na zmianę i nawet brat stwierdził, że to ma sens, kiedy jest takie zimne - zgadza się, przecież mówią o tym cold wave. A point of view creates more waves.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wiesz o nich o wiele więcej, niż ja będę kiedykolwiek wiedział. Myślę, czy nie kupić tej książki, kiedy przed rokiem słuchałem trochę Dżemu, to pożyczyłem od kolegi książkę o Riedlu i ona wyjaśniła sporo rzeczy. Nawet mogę czasem - no dobra, zawsze, kiedy tylko mam okazję - mrocznie błyszczeć, kiedy ktoś lubi Małą aleję róż, bo z tekstu wcale nie wynika, że jest o ucieczce w narkotyki. Chętnie poczytam, co też ludzie piszą o Brytyjczykach, na pewno mają powszechny szacun, bo to jedna z nazw, które po prostu obijają się o uszy, choćbyś miał muzykę w poważaniu. Mnie na pewno się obijała, kiedy jeszcze miałem muzykę w poważaniu, a kiedy już nie miałem, to musiał przyjść kolejny listopad, żebym słuchał.

Bo miejsce na dysku to zajmują ze trzy lata, zassałem hurtowo, kiedy siedziałem podpięty do osiedlowej sieci u Katastrofy. Wcześniej czytałem, że niektórzy nauczyciele rozpoznają okładki ich płyt, no dobra, może też się kiedyś zdecyduję na płyty, żeby móc się na temat okładek wypowiedzieć. I taka wkładka z tekstem jest wygodniejsza niż internet jednak. Choć słowniki wygodniejsze są w internecie, a ja często muszę posiłkować się obiema rzeczami. Cóż, zobaczymy. Później musiał być film, którego nie oglądałem, a który kwitowano jakoś w ten deseń: typ się zabija, bo nie wie, którą laskę ruchać. No to chętnie go obejrzę. A później ktoś zacytował Iana Curtisa, że najszczęśliwszy w życiu był, kiedy pracował w fabryce przy jakiejś taśmie, coś w tym stylu. Dlaczego? Bo przez cały dzień marzył.

To wszystko są odciskające się po ciemnej stronie mózgu złote litery, które mają w odpowiednim momencie wyskoczyć i pokierować mną.

Pewnie nie pracował tam zbyt długo, wikipedyści nie uwzględniają tego epizodu w swoich artykułach. Ja bym uwzględnił, bo czuję pewne wstydliwe pokrewieństwo, sam zaczynałem karierę od takiej mało ambitnej roboty - dziewięć czy dziesięć godzin przez dziesięć dni w cukierkowym królestwie. To nawet nie była promocja w markecie, to było zwykłe stoisko, z tych chamskich, po środku arterii. Miałem odblaskową kamizelkę i nie musiałem nikogo nagabywać, tylko chodzić w kółko i ewentualnym chętnym ważyć cukierki, w razie potrzeby skoczyć do magazynu po uzupełnienie. Nawet nie usłyszałem zbyt wielu marketowych historii, w które nie ma się ochoty wierzyć. Jedną o rzyganiu do cukierków - No, przysypałem później. Nic to, mojej historii, że w tej karierze nie podjadłem ani jednej Malagi, Tiki taka, czy Kasztanka też za bardzo nie chcą wierzyć. Ja z kolei nie mogłem uwierzyć, kiedy mi ludzie podjadali, tacy zupełnie zwykli, siwiejący pan z wąsem, patrzył z takim wyrzutem, jakbym powiedział coś dosadniejszego niż - No wie Pan...

Jak nie pasuje ci system, to weź się postaraj o odpowiednie pierdolnięcie, a nie mi cukierki podkradasz, fagasie.

A ja nawet tego nie pomyślałem wtedy, patrzyłem tylko i to wystarczało. Czasem się cieszyli jak dzieci, a jeden próbował drugi raz. Ciekawiej było, kiedy typ z Ameryki pytał o możliwość serwisowania roweru, na szczęście dałem radę bez słownika. Jaki samotny musiał czuć się w tym kraju, skoro wrócił do mnie na drugi dzień jeszcze o coś pytać, jakby nie było nikogo innego.

Co ja miałem robić w tej pracy przez całe godziny, jak nie marzyć? Tak, liczyłem kafelki, już nie pamiętam, ile obwodu miało stoisko. Dwa na dwa metry jakoś. Nic tylko płynąć z jakimś tematem, niespodziewanie powracające historie, wywracające się historie, prawie jak nocne majaki. Rozciągnąć te mózgowe zwoje i łupać jak w membranę. Wywiesić jak banderę na wietrze.

Płyniemy w żaglach wyobraźni.

niedziela, 31 października 2010

Gdy japko śpi snem kamiennym, wymyśla sobie historie

A ja znowu nieprzygotowany. Dzwonek do drzwi, patrzę na siostrę w przedpokoju, jak się szykuje do wyjścia, ale jeszcze nie jest wyszykowana, więc idę wyjrzeć przez wizjer, o co chodzi. Czy to może brat na nią czeka, wyszedł chwilę wcześniej. A tam trzy dziewczynki! Uciekłem, powiedziałem siostrze tylko, że jeśli coś ma, to może częstować, ale jeśli nie ma, to niech się chwilę wstrzyma z wyjściem. Rok temu w ogóle nie skojarzyłem o co chodzi i tylko się przed dziećmi wstydu najadłem, bo słodycze kupuję tylko na zapowiedziany poczęstunek, ostatnio kiedy Katastrofa ze Smorką byli u mnie. Teraz już tylko przed sobą. Hell no win.

Tak ze dwa lata temu zupełnie przypadkiem spędzaliśmy ten wieczór na mieście - Czarna Mewa, Smoczy i chyba Katastrofa. Pewnie żłopaliśmy litrowy browar za dychę w Wieżycy, na pewno kończyło się w okolicach McDonalda w centrum, który ma jakieś całodobowe okienko i tam do nas dotarła data, bo ludzie chodzili z czerwonymi rogami. Kiedy już prawie mogliśmy zamówić, czepiły się nas takie diaboliczne dziewczynki - z sugestią, że dżentelmen to by ustąpił miejsca w kolejce. To pierwszy epicki kontrast wieczoru, kiedy mówiono o dżentelmeństwie w ogonku do McDonalda, podobało mi się, więc włączyłem się do dyskusji, a nawet nieskromnie przyznam, że udało mi się ją uciąć:
- A czy Panie, jeśli można wiedzieć, są Damami?
- Nooo, nie.
- To wypierdalać.
Niestety, wesołość zapanowała tylko wśród moich towarzyszy, one niewyraźnie pokrzyczały, same siebie przekrzykiwały i gasły stopniowo, odchodząc jednak od nas.

Za kilkanaście minut Smoczy rozmawiał w autobusie z dziewczyną trzy razy większą od niego, która wcinała trzy razy większego hamburgera od niej i okazała się być studentką dietetyki. To ta druga epickość.

W tym roku spokojny dzień, już od wczorajszego wieczoru, kiedy wróciłem z pracy i zacząłem skakać na youtube po linkach, bo Kobiety chwaliły się na profilu, że ktoś na jednym z trzech wymienionych ostatnio portali muzycznych je docenił, a ja przeczytałem jak docenia i okazało się, że właściwie napisał to samo co i ja. A dalej trafiłem na Yugoton, nie słyszałem tego dawno, może teraz bym sam poznał Nawrockiego W sercu miasta, zresztą całej płyty nie kojarzyłem jak wyszła, ale potwornie podobało mi się Gdy miasto śpi snem kamiennym Nosowskiej. I tak to się wszystko łączy, że pode mną, nade mną śpią, doskonale tracę czas i trafiam na Evę Braun, którą przecież ma w wyliczance Zmywak. Teraz też już widziałem. Może poszukam więcej, a może nawet założę na fejsie stronę Wciąż śpiewam piosenki zagranicznych zespołów po swojemu.

Na razie tylko po swojemu śnię dziwności:
Jestem w takim wielkim mieście, które bardzo przypomina Vivec z Morrowind, czyli to są wielkie klocki na wodzie połączone mostami. Odwiedzam w nim kilka miejsc, przemieszczam się pomiędzy kantonami, aż staję na jednym z górnych mostów z kilkoma innymi osobami, a na dole jakiś tłum. Teraz to już zupełnie jest gra, musimy w ten tłum rzucać, żeby nie przeszedł dalej i nasze pociski lecą torem parabolicznym, bo rzucamy jakby zza płota. Tylko ja nie mam odpowiednich pocisków.

Wyrzucam jeden, drugi, trzeci i zostaje mi tylko taki krzyż, ale nie chrystusowy, tylko mniej prosty, z otworem w środku, w typie amuletu. Rzucam nim, ostrzegając towarzyszy, że to raczej ma inne zastosowanie i nie wiadomo, co się będzie działo. Tam w tłumie jest jedna ruda kobieta, której teraz wystaje całkiem dorodna pierś, a cały tłum okazuje się tłumem kobiet. I ta jedna, zamiast ginąć, przedziera się na drugą stronę, moi towarzysze uciekają, a ja pokładam się na moście i myślę, że żeby się nie zorientowała, kto rzucił krzyżem, to będę udawał martwego.

Gdzie tam, podbiega do mnie coraz bardziej naga i coraz bardziej zadowolona, że się do mnie dobrała. Podnoszę ją i tuląc zaczynam biec znów przez całe miasto, odwiedzam kolejne już widziane miejsca, żeby znaleźć jakieś łóżko, ale albo drzwi są pozamykane, albo zbyt te łóżka na widoku. Przypomina mi się, że moje własne łóżko jest w drugim z kolei w domu pomieszczeniu, więc pewnie najbezpieczniejsze, ale czy i jak z niego skorzystaliśmy to już nie wiem, bo się obudziłem, kiedy starałem się tam dobiec.