Wiem że ostatecznie nie jest jeszcze tak źle, bo przecież sypiam w nocy bez tabletek - mówię Pstrokatemu Brzuszkowi. Poszedłem w piątek na zumbę do Konesera trochę jak zwykle, żeby mieć gdzie iść, trochę żeby sprawdzić, jak on się ma, bo nie odpisał na Insta, a przecież też ma jakieś swoje przygody w życiu. Jak my wszyscy.
Eskalowało to do spaceru do biedry, bycia po drodze częstowanym przez zumbowe modelki talarkami, wysłuchiwania długiej opowieści o osiemnastce syna Trenerki Danse Macabre (brawo ja, sam zapytałem), podwędzenia połowy paczki Hallsów Trenerce Damie Pchełek (sama oddała!), oglądania doprowadzających do szewskiej pasji wad remontowanego zabytkowego płotu, wreszcie: do zagłębienia się w tajemne trzewia modnej, bogatej Warszawki, tej żyjącej zaledwie przez ulicę ode mnie.
Zimno było, więc zeszliśmy do garażu, no.
Doświadczyłem więc przestrzeni zamożnych elit od samych podstaw, gdyby to była piramida potrzeb Maslova, to od najważniejszych rzeczy, widziałem sprawy fundamentalne. Chodziłem po garażu pełnym tajemnic jak jaskinia Batmana, słuchałem tam jak niedźwiedź rurowy przewala się przez instalacje, oglądałem piękniutkie, czyściutkie, błyszczące, wypasione bryki, Porsche i Corvetty, które w ogóle mnie nie interesują pewnie gdzieś tak od dziewięćdziesiątego siódmego, kiedy przestałem kupować Auto Świat na rzecz Secret Service i NEO. No ale oglądanie miejsc parkingowych, to trochę jak to podglądanie balkonów, praktykowane przez Mimblę. Można wiele zobaczyć, można się zaskoczyć!
Warszawskie elity traktują swoje podziemne miejsca parkingowe, trzysta dziewięćdziesiąt złotych czynszu za spot, jako przechowalnie wszystkiego co przyjdzie do głowy. Co tam rowery, vespy i motocykle BMW, był tam i wóz cały zapakowany jakimiś workami, nie było miejsca na kierowcę. Wymyślna podziemna komórka. A prawdziwy status i bogactwo pokazujesz przecież, kiedy na miejscu parkingowym trzymasz coś co wygląda na śpiwór bezdomnego i buciory na zmianę, bo tak ci zbywa na przestrzeni, że możesz trzymać co się podoba i gdzie się podoba.
Są tam i tacy, co mają w piwnicy podpięte jakoś na dziko, z pominięciem liczników, pralki i suszarki, więc wszyscy mieszkańcy składają im się na częste porządki. Ale największy hit to strategicznie rozstawione po garażu wózki z pobliskiego Lidla.
"Wozimy nimi rzeczy, bo to wygodne. Zajebaliśmy."
Ciekawe, czy może wymyśliła to Anita Lipnicka, zanim sprzedała swoje mieszkanie? A może właśnie dlatego sprzedała, kiedy zrozumiała klasę sąsiadów, hmm? Pstrokaty Brzuszek z delikatnym zawodem w głosie opowiada, że nie odpowiadała "dzień dobry". Och, Brzuszku! Może była w Tobie zakochana? Żebyś wiedział z jakim trudem mnie przychodzi mówić ostatnio "dzień dobry" sąsiadce z mieszkania. Obaj doskonale wiemy, sytuacja jest podobnie beznadziejna, przecież i Ty nie miałbyś dla Anitki wzajemności, jak ja nie mam od Salty. Więc może trudno tak jej było kłamać, że "dobry" na Twój widok.
Wiem że ostatecznie nie jest ani trochę dobrze, skoro balansuję wciąż na tej krawędzi płaczu, im bliżej jest, tym mocniej. Prawie mnie dziś przyłapała, wstałem rano, zrobiłem kanapki z serem i pasztetem, bo po trzech miesiącach spędzania w kuchni możliwie najkrótszego czasu, wreszcie nieco zbrzydły mi tosty, zawinąłem jak najszybciej do swojego pokoju, tak jak kocur Książę Ciemności kryje się pod łóżkiem. Muzyka tak żeby ją jak najmniej słyszeć, książka, żeby czymś zająć głowę, kocyk, żeby mieć złudzenie ciepła, a te łzy tak jak to mają ostatnio w zwyczaju, czasem na chwilę przychodzą, nie da się odciąć tak całkowicie od rzeczywistości.
To chyba dobrze, cała ta czytana ostatnio książka jest o byciu połączonym, c'nie?
Trochę przespałem pytanie na komunikatorze o kawę, ale nie przespałem pukania do drzwi, otworzyłem jak ten zombiak, poczochrany, półprzytomny, pewnie jeszcze było widać zaczerwienione od płaczu oczy, choć po domu chodzę często w kapturze. Faza emo-nastolatka, nie wyjdzie z człowieka, przecież nawet na Salsation pojawia się Evanescence, a Linkin Park lubi nawet dzieciarnia Bazyla i Herbacianej. Nieostrożny ja.
Pewnie nie powiedziała na ten widok jak Yen "jejku, jej", ale podobnie. Może "ojojojoj", jak w tej piosence na zumbie u Damy Pchełek, śmiałem się dawno temu już, długo przed Salty, może wkrótce po Mewie, że ten refren zagląda mi w serce i wiem że rozumie, bo tylko tyle ma komentarza. Piosenka oczywiście jest okropna, nie bardzo są na moich zajęciach okołotanecznych piosenki, które mógłby pochwalić bohater Murakamiego.
"Spałem. Nie, nie chcę kawy."
Ze dwie godziny później robię frytki, ona leży u siebie trochę na łóżku, trochę na fotelu od biurka, tak zabawnie, bo akurat tak się bawi z kotem w kubraczku. Kotka jest po operacji-kastracji, mam z nią iść w poniedziałek na kontrolę szwów, bo Salty się nie wyrobi z pracy raczej.
Kto to jest simp, pytał poprzedniego wieczora Pstrokaty, może np. ktoś kto jest beznadziejnie zakochany i zamiast wyprosić ją z życia, bierze jej kota na wizytę do weta? Kot niczemu nie jest winny, nikt niczemu nie jest winny, jedynie moje durniejsze od kota serce.
Wstawiam ten obiad i myślę tylko - nie przychodź, nie przychodź, nie zniosę Twojej troski. Przemykam z powrotem do siebie, niby wystraszony kocur Książę Ciemności i przez pięć minut jestem bezpieczny, ale przecież ta strzelba Czechowa musi wystrzelić. Jest taka kochana i taka nieświadoma, jak kocur Morel, ostrożnie, troskliwie zainteresowany nawet obcymi. Łapie mnie w kuchni, kiedy fryer krzyczy za kilka minut "potrząśnij żarciem"!
"Źle wyglądałeś, czy wszystko w porządku?"
Więc kłamię. Spałem. Wszystko w porządku. Nie, nie jestem mocniej chory. A kiedy brat daje znać, że mam u niego do zabrania stuff od rodziców, nawet nie muszę zastanawiać się dokąd uciec. Czy naprawdę nie ma innego sposobu? Jebać serce, jebać miłość, nie ma miłości, są tylko jakieś chemie w mózgu, chemia jest mądrzejsza i wiatr wieje przeze mnie, mózgu, wywiej mi ją z siebie, przecież ona wyraźnie powiedziała nichuja. Nichuja nie masz powodów do przejmowania się nią, jasne? Nichuja.
O tym że szuram tym głupiutkim mózgiem w konflikcie z sercem po dnie pamiętać będą blog i arkusz kalkulacyjny. Zdesperowany ja, jak to mam w zwyczaju, zdarza się raz na kilka lat, popadam w hazard. Tylko oczywiście w swojej śmiesznej skali jedynie, jeden zakład na chybił trafił. W końcu potrzebuję naprawić trochę poważniejszych rzeczy niż cieknący kran. Mógłbym jej tak powiedzieć, jako melodramatyczną metaforę, gdyby zapytała, dlaczego musi poszukać innego mieszkania.
Na razie ja poszukuję innych przestrzeni. Od brata idę do Północnej, kupić tego totka. Poprzednio kupowałem zakład w tym samym miejscu, do koperty na ich wesele, ale tamto się nie liczy jako hazard z desperacji. Mówił ostatnio, że dostali tych zakładów sporo, cokolwiek wygrali za te rzadkie trójki, zakładali dalej, aż się wyzerowało. Tylko kasyno wygrywa, wiadomo.
Bez sensu zjadam drogie żarcie z maca (bohater Murakamiego kręci nosem, że junk food, nie kręć na mnie nosem, jestem sześć lat starszym dupkiem od ciebie), trzeba było iść na wyczepistą bułę z żabki. No ale piszę i czytam tam też, jakbym znów kończył liceum albo marnował czas na wszystkich ledwo napoczętych studiach i wytracał go w galeriach. "Działać w stronę rzeczy zbytecznych" na zawsze w bio. Odwiedzam też jakieś miejsca z wyobraźni - myślę o podsłuchach, których nie zainstalowano, o kotach, które na szczęście przeżyły, więc to wciąż moja opowieść, o tym że jest tyle lepszych opowieści i może nie ma sensu dalej snuć mojej. Wyżeram z kieszeni Hallsy i zamiast wracać na Pragę 509, jadę tramwajem do metra, metrem od początku do końca, od końca do węzła, czytając dalej "Tańcz, tańcz, tańcz" i do mieszkania też wciąż wracam na około, tj. odnajduję w końcu przejście między garażami na wysokości bramy do Konesera, o którym mówiła Różyczka.
Lepsze na pewno byłyby historie o dziewczynie, która jest pomiędzy, więc jakoś tam zna obie perspektywy i nie może tych perspektyw wymieszać. Przeczytała cały ten cykl żałobny i nie może z niego pisnąć słówka Salty. Rozmawia z Salty, może wie czy ona już chodzi na te randki, ale nie może nic o tym pisnąć autorowi cyklów żałobnych. A do tego ma własne sprawy, one powinny być najważniejsze. Albo historia o architekcie Konesera, który widział prawdopodobnie więcej świata niż cała sala zumby razem wzięta, ale żartuje że może pójdzie pracować do Żabki. Byłaby to historia jak z Szekspira, skoro życiowa osoba partnerska pracuje w Lidlu? Albo historia o prawniczce toczącej boje z byłym mężem, która ginie w katastrofie lotniczej. I historia siostry trenerki zumby, z którą były wywiady w magazynach, pilotki tego samolotu. Albo o tancerzu wyrzuconym z domu jako trzynastolatek.
To wszystko o wiele ciekawsze, nawet jeśli trochę zmyślone!
Mimbla by mi spokojnie powiedziała, że to nie konkurs na ciekawe życie i że moje emocje, nawet z nudnego, sztampowego życia o nieszczęśliwym zakochaniu, też są ważne. Trudne to, pozbyć się ich, kiedy miało się już poczucie domu, pewnie głupio to wymyśliłem, że po tym jak któregoś jesiennego dnia zacząłem tęsknić, wystarczy mi później zwykłe "nichuja", żeby się wyleczyć. Ale też bądźmy poważni - bez tego "nichuja" byłoby jeszcze gorzej. Przetrwać, przetrwać, przetrwać.