niedziela, 29 marca 2026

Petrified (Flunk x Arms & Sleepers)

Wiem że ostatecznie nie jest jeszcze tak źle, bo przecież sypiam w nocy bez tabletek - mówię Pstrokatemu Brzuszkowi. Poszedłem w piątek na zumbę do Konesera trochę jak zwykle, żeby mieć gdzie iść, trochę żeby sprawdzić, jak on się ma, bo nie odpisał na Insta, a przecież też ma jakieś swoje przygody w życiu. Jak my wszyscy.

Eskalowało to do spaceru do biedry, bycia po drodze częstowanym przez zumbowe modelki talarkami, wysłuchiwania długiej opowieści o osiemnastce syna Trenerki Danse Macabre (brawo ja, sam zapytałem), podwędzenia połowy paczki Hallsów Trenerce Damie Pchełek (sama oddała!), oglądania doprowadzających do szewskiej pasji wad remontowanego zabytkowego płotu, wreszcie: do zagłębienia się w tajemne trzewia modnej, bogatej Warszawki, tej żyjącej zaledwie przez ulicę ode mnie.

Zimno było, więc zeszliśmy do garażu, no.

Doświadczyłem więc przestrzeni zamożnych elit od samych podstaw, gdyby to była piramida potrzeb Maslova, to od najważniejszych rzeczy, widziałem sprawy fundamentalne. Chodziłem po garażu pełnym tajemnic jak jaskinia Batmana, słuchałem tam jak niedźwiedź rurowy przewala się przez instalacje, oglądałem piękniutkie, czyściutkie, błyszczące, wypasione bryki, Porsche i Corvetty, które w ogóle mnie nie interesują pewnie gdzieś tak od dziewięćdziesiątego siódmego, kiedy przestałem kupować Auto Świat na rzecz Secret Service i NEO. No ale oglądanie miejsc parkingowych, to trochę jak to podglądanie balkonów, praktykowane przez Mimblę. Można wiele zobaczyć, można się zaskoczyć!

Warszawskie elity traktują swoje podziemne miejsca parkingowe, trzysta dziewięćdziesiąt złotych czynszu za spot, jako przechowalnie wszystkiego co przyjdzie do głowy. Co tam rowery, vespy i motocykle BMW, był tam i wóz cały zapakowany jakimiś workami, nie było miejsca na kierowcę. Wymyślna podziemna komórka. A prawdziwy status i bogactwo pokazujesz przecież, kiedy na miejscu parkingowym trzymasz coś co wygląda na śpiwór bezdomnego i buciory na zmianę, bo tak ci zbywa na przestrzeni, że możesz trzymać co się podoba i gdzie się podoba.

Są tam i tacy, co mają w piwnicy podpięte jakoś na dziko, z pominięciem liczników, pralki i suszarki, więc wszyscy mieszkańcy składają im się na częste porządki. Ale największy hit to strategicznie rozstawione po garażu wózki z pobliskiego Lidla.

"Wozimy nimi rzeczy, bo to wygodne. Zajebaliśmy."

Ciekawe, czy może wymyśliła to Anita Lipnicka, zanim sprzedała swoje mieszkanie? A może właśnie dlatego sprzedała, kiedy zrozumiała klasę sąsiadów, hmm? Pstrokaty Brzuszek z delikatnym zawodem w głosie opowiada, że nie odpowiadała "dzień dobry". Och, Brzuszku! Może była w Tobie zakochana? Żebyś wiedział z jakim trudem mnie przychodzi mówić ostatnio "dzień dobry" sąsiadce z mieszkania. Obaj doskonale wiemy, sytuacja jest podobnie beznadziejna, przecież i Ty nie miałbyś dla Anitki wzajemności, jak ja nie mam od Salty. Więc może trudno tak jej było kłamać, że "dobry" na Twój widok.

Wiem że ostatecznie nie jest ani trochę dobrze, skoro balansuję wciąż na tej krawędzi płaczu, im bliżej jest, tym mocniej. Prawie mnie dziś przyłapała, wstałem rano, zrobiłem kanapki z serem i pasztetem, bo po trzech miesiącach spędzania w kuchni możliwie najkrótszego czasu, wreszcie nieco zbrzydły mi tosty, zawinąłem jak najszybciej do swojego pokoju, tak jak kocur Książę Ciemności kryje się pod łóżkiem. Muzyka tak żeby ją jak najmniej słyszeć, książka, żeby czymś zająć głowę, kocyk, żeby mieć złudzenie ciepła, a te łzy tak jak to mają ostatnio w zwyczaju, czasem na chwilę przychodzą, nie da się odciąć tak całkowicie od rzeczywistości.

To chyba dobrze, cała ta czytana ostatnio książka jest o byciu połączonym, c'nie?

Trochę przespałem pytanie na komunikatorze o kawę, ale nie przespałem pukania do drzwi, otworzyłem jak ten zombiak, poczochrany, półprzytomny, pewnie jeszcze było widać zaczerwienione od płaczu oczy, choć po domu chodzę często w kapturze. Faza emo-nastolatka, nie wyjdzie z człowieka, przecież nawet na Salsation pojawia się Evanescence, a Linkin Park lubi nawet dzieciarnia Bazyla i Herbacianej. Nieostrożny ja.

Pewnie nie powiedziała na ten widok jak Yen "jejku, jej", ale podobnie. Może "ojojojoj", jak w tej piosence na zumbie u Damy Pchełek, śmiałem się dawno temu już, długo przed Salty, może wkrótce po Mewie, że ten refren zagląda mi w serce i wiem że rozumie, bo tylko tyle ma komentarza. Piosenka oczywiście jest okropna, nie bardzo są na moich zajęciach okołotanecznych piosenki, które mógłby pochwalić bohater Murakamiego.

"Spałem. Nie, nie chcę kawy."

Ze dwie godziny później robię frytki, ona leży u siebie trochę na łóżku, trochę na fotelu od biurka, tak zabawnie, bo akurat tak się bawi z kotem w kubraczku. Kotka jest po operacji-kastracji, mam z nią iść w poniedziałek na kontrolę szwów, bo Salty się nie wyrobi z pracy raczej.

Kto to jest simp, pytał poprzedniego wieczora Pstrokaty, może np. ktoś kto jest beznadziejnie zakochany i zamiast wyprosić ją z życia, bierze jej kota na wizytę do weta? Kot niczemu nie jest winny, nikt niczemu nie jest winny, jedynie moje durniejsze od kota serce.

Wstawiam ten obiad i myślę tylko - nie przychodź, nie przychodź, nie zniosę Twojej troski. Przemykam z powrotem do siebie, niby wystraszony kocur Książę Ciemności i przez pięć minut jestem bezpieczny, ale przecież ta strzelba Czechowa musi wystrzelić. Jest taka kochana i taka nieświadoma, jak kocur Morel, ostrożnie, troskliwie zainteresowany nawet obcymi. Łapie mnie w kuchni, kiedy fryer krzyczy za kilka minut "potrząśnij żarciem"!

"Źle wyglądałeś, czy wszystko w porządku?"

Więc kłamię. Spałem. Wszystko w porządku. Nie, nie jestem mocniej chory. A kiedy brat daje znać, że mam u niego do zabrania stuff od rodziców, nawet nie muszę zastanawiać się dokąd uciec. Czy naprawdę nie ma innego sposobu? Jebać serce, jebać miłość, nie ma miłości, są tylko jakieś chemie w mózgu, chemia jest mądrzejsza i wiatr wieje przeze mnie, mózgu, wywiej mi ją z siebie, przecież ona  wyraźnie powiedziała nichuja. Nichuja nie masz powodów do przejmowania się nią, jasne? Nichuja.

O tym że szuram tym głupiutkim mózgiem w konflikcie z sercem po dnie pamiętać będą blog i arkusz kalkulacyjny. Zdesperowany ja, jak to mam w zwyczaju, zdarza się raz na kilka lat, popadam w hazard. Tylko oczywiście w swojej śmiesznej skali jedynie, jeden zakład na chybił trafił. W końcu potrzebuję naprawić trochę poważniejszych rzeczy niż cieknący kran. Mógłbym jej tak powiedzieć, jako melodramatyczną metaforę, gdyby zapytała, dlaczego musi poszukać innego mieszkania.

Na razie ja poszukuję innych przestrzeni. Od brata idę do Północnej, kupić tego totka. Poprzednio kupowałem zakład w tym samym miejscu, do koperty na ich wesele, ale tamto się nie liczy jako hazard z desperacji. Mówił ostatnio, że dostali tych zakładów sporo, cokolwiek wygrali za te rzadkie trójki, zakładali dalej, aż się wyzerowało. Tylko kasyno wygrywa, wiadomo.

Bez sensu zjadam drogie żarcie z maca (bohater Murakamiego kręci nosem, że junk food, nie kręć na mnie nosem, jestem sześć lat starszym dupkiem od ciebie), trzeba było iść na wyczepistą bułę z żabki. No ale piszę i czytam tam też, jakbym znów kończył liceum albo marnował czas na wszystkich ledwo napoczętych studiach i wytracał go w galeriach. "Działać w stronę rzeczy zbytecznych" na zawsze w bio. Odwiedzam też jakieś miejsca z wyobraźni - myślę o podsłuchach, których nie zainstalowano, o kotach, które na szczęście przeżyły, więc to wciąż moja opowieść, o tym że jest tyle lepszych opowieści i może nie ma sensu dalej snuć mojej. Wyżeram z kieszeni Hallsy i zamiast wracać na Pragę 509, jadę tramwajem do metra, metrem od początku do końca, od końca do węzła, czytając dalej "Tańcz, tańcz, tańcz" i do mieszkania też wciąż wracam na około, tj. odnajduję w końcu przejście między garażami na wysokości bramy do Konesera, o którym mówiła Różyczka.

Lepsze na pewno byłyby historie o dziewczynie, która jest pomiędzy, więc jakoś tam zna obie perspektywy i nie może tych perspektyw wymieszać. Przeczytała cały ten cykl żałobny i nie może z niego pisnąć słówka Salty. Rozmawia z Salty, może wie czy ona już chodzi na te randki, ale nie może nic o tym pisnąć autorowi cyklów żałobnych. A do tego ma własne sprawy, one powinny być najważniejsze. Albo historia o architekcie Konesera, który widział prawdopodobnie więcej świata niż cała sala zumby razem wzięta, ale żartuje że może pójdzie pracować do Żabki. Byłaby to historia jak z Szekspira, skoro życiowa osoba partnerska pracuje w Lidlu? Albo historia o prawniczce toczącej boje z byłym mężem, która ginie w katastrofie lotniczej. I historia siostry trenerki zumby, z którą były wywiady w magazynach, pilotki tego samolotu. Albo o tancerzu wyrzuconym z domu jako trzynastolatek.

To wszystko o wiele ciekawsze, nawet jeśli trochę zmyślone!

Mimbla by mi spokojnie powiedziała, że to nie konkurs na ciekawe życie i że moje emocje, nawet z nudnego, sztampowego życia o nieszczęśliwym zakochaniu, też są ważne. Trudne to, pozbyć się ich, kiedy miało się już poczucie domu, pewnie głupio to wymyśliłem, że po tym jak któregoś jesiennego dnia zacząłem tęsknić, wystarczy mi później zwykłe "nichuja", żeby się wyleczyć. Ale też bądźmy poważni - bez tego "nichuja" byłoby jeszcze gorzej. Przetrwać, przetrwać, przetrwać.

czwartek, 26 marca 2026

Wypasanie owiec w Tybecie

Jak sabotować samego siebie? No właśnie tak jak ja, tj. wyjść z założenia, że muszę mieć gdzie uciec z mieszkania, żeby jej móc powiedzieć, żeby się wyprowadziła. Jakbym tchórzył przed konsekwencjami tego, co ona może odpowiedzieć w zamian. Czy to też jest sprawa, w której da się podjąć decyzję? Kim jestem? Jestem tchórzem, bojącym się takiej konfrontacji, czy jednak jestem już zmęczony tym, że płakałem dziś już trzy razy i nie ma sensu mieć do samego siebie pretensji, że szukam miejsca z dala od niej zanim się pozbiera stąd?

Mógłbym sam się zacząć jakoś sensownie zbierać. Potrzebuję przestać ją widzieć, potrzebuję przestać ją słyszeć, potrzebuję przestać czuć jej zapach. Ja niby nie czuję zapachów, mam okropnego nosa, ale ją czasem czuję.

(Czyli mam doskonałego nosa! Czuje te kobiety, które warto czuć!)

Jakby teraz już nie było źle, przecież wiele gorzej już nie będzie. Pamiętne ostatnie słowa? Po prostu oprócz tego że chujowo jest mnie, chujowo będzie też jej.

Nie chcę żeby jej było chujowo, chcę jej ojojać i wycałować kontuzjowane kolano. Tylko mi nie pozwoli.

Im więcej mija czasu, tym więcej płaczę. Tak nie można. Wczoraj prawie pękłem na "Beautiful Things" w trakcie zajęć. "Pleeeeeease, staaaay", w drugą stronę do diaska, ona nie umiera, ona musi się wyprowadzić z mojego życia.

Dziś znów zapytała, czy robić kawę. Pochwaliła wymianę baterii przy zlewie w toalecie. Jest taka kochana. Tęsknię za wspólnym piciem kawy.

"Nie zrozum mnie źle, jesteś taka kochana", mógłbym jej powiedzieć. I zrozumiałaby źle.

Pokazałem Różyczce ten ulubiony wpis o niebie, samo wspólne bycie to było dla mnie niebo przecież. Pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że te moje najszczęśliwsze chwile ubiegłego roku to dla niej był nudny, randomowy wieczór ze współlokatorem i nic więcej. Różyczka kibicuje mi żeby postawić kropkę, śmiejemy się z tej melodramatyczności. Z miesiąc czy dwa temu próbowałem sam siebie przekonywać, że ja nie robię żadnych durnych akcji w emocjach a teraz żartujemy o wyjazdach na platformy wiertnicze. Prędzej na zbieranie czegokolwiek co można teraz zbierać, na platformy trzeba mieć jakiegoś skilla.

Dzwoniłem do kuzynki z Łodzi, niestety mieszkanie ma wynajęte.

Po tym jak mało mnie nie rozjebało w trakcie zajęć, zrobiłem podobne przewinienie co Ona, tj. ze swoim dramatem zadzwoniłem do Herbacianej, że ja przecież nie mogę z Salty mieszkać. UAFem ASAPem. Tam na Krańcu Świata też się dzieją trudne sprawy czasem, więc konkluzja była taka, na co miałem nadzieję ofc, że w razie czego mogę na ten czas do jej wyprowadzki, jeśli znajdę jaja żeby ją o to poprosić, zamieszkać u nich w ramach wzajemnego wsparcia. Już tak żyliśmy przecież. Może byłoby łatwiej i nie musiałbym rezygnować z życia w Warszawie. Nic mnie tu nie trzyma, to prawda, ale jednak nie wyobrażam sobie życia bez zajęć.

Nawet wpadłem na peronie metra na Pstrokatego Brzuszka, który mieszka przez ulicę. Obiecał że gdybym  jednak wyjechał, przygarnie na ten czas moje kwiaty do opieki!

Nie wiem czy to jest dobry pomysł, im więcej o nim myślę, tym mniej mi się podoba, tj. Herbaciana i Salty to przyjaciółki. Czuję że nie powinienem w tym rzucaniu kłód pod nogi Salty (i tak boli ją już kolano) polegać na Herbacianej. Lepszy to by było poprosić ją o wyprowadzkę i jednak przetrwać to u siebie: pomalować płytki w toalecie przez święta (przecież raczej wyjedzie), może w łazience w majówkę (przecież raczej wyjedzie), zdecydować co z kuchnią. Odświeżyć mieszkanie na tyle, żeby znaleźć innych lokatorów do pokoików później.

Cztery razy, a nie ma jeszcze piętnastej! Nie ma sensu liczyć.

poniedziałek, 23 marca 2026

For the Reunion, FFVIIAC

W ubiegłym tygodniu pochorowała się bratowa, co wciągnęło mnie w wir ucieczkowo-pomocowy. Dowiedziałem się od rodziców, że jadą do dzieciarni, chytrze wykorzystałem tę szansę, żeby podrzucić ciuchy do przeróbek czy napraw. Mamusia-krawcowa fachowo podeszła do spraw, co się da ruszyć to mi zrobi, czego się nie da, to oczywiście okazało się, że super pasuje Tatusiowi.

Pojawił się temat kuzyna w moim wieku, trzy miesiące starszy jest, zapraszającego na wesele. Wiem od jego siostry, była u mnie niedawno przecież, że telefony z nieznanego numeru z weekendu to od niego, muszę kiedyś odebrać i jakoś uprzejmie odmówić. Tato żartuje o tym, że on się nie wyrobił przed tymi okrągłymi urodzinami, bo impreza pod koniec czerwca. "Ja też się nie wyrobię, była taka jedna, o której myślałem, że bym się mógł oświadczyć, ale nici z tego". Tato łączy kropki, oficer WSI w sumie, nie ma się co dziwić:

- To ta od teatru? Strasznie smutno wyglądałeś jak o tym mówiłeś.

- No ta. Ale też strasznie wesoło wyglądałem, jak zaprosiła Cię Mamusia!

- Ja zaprosiłem mamusię na pierwszą randkę do Łazienek w niedzielę.

- Chopin, koncert?

- No tak. Bo przecież w filharmonii to bym usnął, w Łazienkach nie.

Myślę, że znam kogoś, kto opowiadał jak usypiał w operze na "Śnie nocy letniej" ale niby chętnie by spróbowała ponownie. Tylko w żadnym wypadku ze mną, ech. Myślę, że to pierwsza ładna rzecz, jaką wiem o rodzicach sprzed tej opowieści, jak krzyczano na mnie bodaj "Groszek" pod oknem szpitala. A o jakiejś nieładnej mam sny w których krzyczę do mamy "powiedz mi to".

Mózg jest głupi, serce jest głupie, nie chcą się zgrywać, współpracować. Przecież po to jej wtedy nie dopytałem tylko przytuliłem, że nie chcę z niej wyciągać strasznych rzeczy żadnych z tego czasu, jak się poznawała z Tatą. To decyzja! No ale mózg jest głupi i nocami śni sobie to wszystko od czego pęka serce. Tato teraz jeszcze mocniej rozumie, dlaczego sprawa teatru była tak smutna, więc długo tuli mnie na pożegnanie.

Przecież to o czym kto wie, to już nikomu nie zwróci nic, ani nie zawróci trzech miesięcy płaczu, ani dwudziestu lat zastanawiania się czy ja jestem (nawet jeśli nie, to w głowie tak) i koszmarów.


Salty czasem ma swoje dziury w mózgu lekko zasklepione chyba, ostatnio wyraźniej widziała, jaki dystans trzymam, więc zapytała wprost.

- Czy jesteś na mnie o coś zły?

Duma! Pytałem ją tak po Sylwestrze, kiedy wyszła imprezować z koleżankami bez słowa i w ogóle miałem wrażenie, że czymś podpadłem.

Odpowiedziałem krótko, ale jasno, mi się wydawało: Nie.

Nie odpowiedziała nic, wyszła z kuchni, kilka minut później zadzwoniła Herbaciana zamartwiona, tama puściła, wysłałem B&H na bloga, no i dowiedziałem się przy okazji, że Salty nie dosłyszała mojej odpowiedzi i poczuła się zignorowana, jakbym nie odpowiedział nic. Rozumiem ten wkurw (wiedziałem sekundę przed telefonem, że coś się stało, bo zamknęła się w pokoju), bo przecież naraziła się na jakąś konfrontację, tj. wszystko zrobiła dobrze, oprócz tego jedynie, że moja odpowiedź przeleciała jej przez dziurę w mózgu. Pewnie powiedziałem to za szybko, ale też w sumie pełna odpowiedź była dopowiedziana w głowie.

"Wręcz kurwa przeciwnie i wynika z tego że chyba jednak będziesz musiała poszukać innego mieszkania".


Idę na zajęcia, ale jedne, czuję się przemęczony ostatnio, potrzebuję wyhamować trochę. Wracam, Salty się pakuje na weekendowy wyjazd, nie wiem gdzie, ale na dłużej, bo pakuje się z kotem, więc oczywiście mam wizje że łazi na randki z tindera w tym czasie, jak jest gdzie indziej, bez zazdrosnego, odrzuconego typa w pokoju obok. Przecież ja wiem, że ona by kogoś chciała w życiu, nie mówiła tego wprost, ale jednak żartowała, że może by ją tak kto na siłowni zaczepił, atencjuszkę z książką na bieżni, albo że na imprezie firmowej się pokaże odpicowana. A Herbaciana mi tylko potwierdziła, że wspominała jakiś czas temu, że może by wróciła do randkowania.

Tydzień temu znów nawaliła pralka, akurat wróciłem do domu mieszkania uratować sytuację, kiedy Salty nie było. Chciałbym, mózg twierdzi, że to logiczne w kontekście osoby, która powiedziała coś na kształt nichuja o chodzeniu ze mną na randki, ale absolutnie nie jestem ponad to, że wyjąłem na suszarkę koronkową bieliznę. To nic nie musi znaczyć, w końcu sam ostatnio się staram, sprawia mi przyjemność dobre wyglądanie, no ale w żałosnej głowie zazdrosnego, odrzuconego mężczyzny, to znaczy że potajemne randki z tindera się udają, mózg jest głupi i serce jest głupie, nie chcą się zgrywać, współpracować. "To nie moje sprawa, jeśli się z kimś spotyka, wyraźnie powiedziała, że nic między nami nie będzie", powtarzam sobie cierpliwie, na serce to nie działa.


Wpada mi w oko, że grupa choreograficzna Cudownej daje pokaz na latynoskiej imprezie w centrum, myślę że może to premierowe przećwiczenie przedstawienia, które szykują na zawody za kilka tygodni, faktycznie tak jest. Łamię się nad tym, czy iść, nie tańczę salsy, bachaty, nic z tamtych rzeczy, ale ponoć ma być też Rueda z warsztatem, a to widziałem kiedyś w oye, że jest jakąś zabawą. Decyduję się więc, to jest najodważniejsza rzecz od zaproszenia na randkę, tj. idę choćby przez chwilę, choćby na warsztacie, tańczyć w parze. Często się te pary zmienia, do tego mocniej zwracałem uwagę na źle przestawiane nogi, ale mam tę noc za sukces z wykonanym planem minimum - wyglądałem dobrze i chyba tylko z lekkim roztrzęsieniem tańczyłem te kilkanaście minut. Wokół pełno pięknych ludzi, pełno pięknych dziewczyn, Zakresowa tuli się do mnie (ale nie tylko) po występie, cała roztrzęsiona, żartuję sobie z MonkeyG chwilę, bo też nie zna salsy, więc jesteśmy na tym samym poziomie, Salto patrzy jak zawsze tymi ogromnymi przerażającymi oczyma sowy-wyroczni i nic nie mówi, najmocniej ratuje mnie znajoma z jednej nagrywki między zbyt krótkim warsztatem a pokazem, próbuje wytłumaczyć ten podstawowy krok salsy, nie jestem tam zupełnie sam przez cały ten czas.

Note to self - nigdy więcej nie chodź w takie miejsca sam. No chyba że nauczysz się tańczyć salsę kubańską w parze, wtedy będziesz prosił do tańca, c'nie?

I chyba mimo wszystko nieźle wyglądam pośród tego tłumu pięknych ludzi, bo Cudowna ewidentnie mnie w pierwszej chwili nie poznaje, kiedy wita się długo i rozmawia ze stojącą obok koleżanką. Macha do mnie z pewnej odległości dopiero kilkanaście minut później.

Daniel Craig, słysząc gdzie była impreza, przypomina, że architekci budynek przezywają Toi-Toiem i z tego się bierze żart gówniany jak moje życie ostatnio, bo zabawa pięknych roztańczonych ludzi była w piwnicy przecież. Nic dla mnie nie znaczyli wciąż, nawet najpiękniejsze z nich. W głowie mam szambo.


Wracam do domu zaraz po pokazie, skoro nie ma tam nikogo naprawdę znajomego, a ja nie umiem poznawać obcych ludzi. Piszę do B&H, że spotkajmy się nazajutrz, potrzebuję pożyczyć narzędzia, no i potrzebuję powiedzieć na żywo, że nie mam żalu o tę pomyłkę w sprawie posiadania emocji. Biedne dzieciaki, męczą się u mnie, no ale wyjątkowo spotkanie było nie na naleśniki, a żeby odbudować jakoś ten most. Jedziemy później dalej plotkować u nich, Bazyl pyta mnie, jaki będzie następny film.

Chyba już wiem, tj. nawet zdążyłem wcześniej powiedzieć Herbacianej, że pewnie czeka ich najdziwniejszy rozwód przyjaciół w historii: nie było ślubu, jedno zostaje z całym majątkiem w mieszkaniu, ale siedzi i płacze, drugie bierze kota pod pachę i w sumie nie wie o co chodzi.

Całą noc z niedzieli na poniedziałek myślę o tym, że jednak nie obędzie się bez spektakularnych akcji, że nie ma żadnego ratunku, żadnej ulgi, że żadne zajęcia, Salsation, Commercial, Reggaeton, nie uratują sytuacji, to stanowczo nadużywane leki objawowe. Myślę o tym, żeby poprosić ją o to, żeby poszukała sobie nowego mieszkania do czerwca najdalej, tak jakby miała umowę i gdzie by w tym czasie uciec na  te dwa miesiące po ostatnim "bajo" (klucze oddaj Herbacianej), może kuzynka z Łodzi ma wolną kawalerkę? Może Ojciec Chrzestny ma miejsce w  prowadzonym ośrodku wczasowym nad morzem, jeszcze przed sezonem? Łódź by była lepsza, albo jakiekolwiek miasto, żeby był Zdrofit z zajęciami jakimiś.

Nic mnie tu nie trzyma, tj. wszyscy oczywiście mają jakieś problemy, ale nikt nie ma takich kłopotów, żebym był mu niezbędny do przetrwania, a ja pewnie potrzebuję przeżywać własne życie, a jedyny sposób żeby przeżywać własne życie dalej, to jest wyrzucić z życia osobę z którą życie się nigdy nie wydarzy.

Bo przy niej jestem wciąż zakochanym, żałosnym, zazdrosnym dupkiem. Wróciła dziś rano, przywiozła sobie nowy kubek - mówię, że kubek wróżki, takie ma wzory. "Kubek wiedźmy", odpowiada. "Muszę się nauczyć stawiać tarota, to trudne, ale nie mam głowy do tego ostatnio".

Jestem zazdrosnym, wciąż zakochanym dupkiem, słyszę że jest wypoczęta, swobodna, bez napięcia z piątku w głosie, ucieszona wiosennym ciepłem i jedynie myślę o tym, że to nie przeze mnie ani nie dla mnie i że dla kogo masz głowę, skoro nie do nauki tarota, bo sprawiasz wrażenie jakby zrobił coś co się bardzo podobało w trakcie weekendu. Jakby weekend z dala od naburmuszonego dupka nie był wystarczający.

Herbaciana ma rację, kiedy mówi mi na spacerze przez Konesera, że nie ma powrotu do tego co było przed jesienią. Jadę tu dziś po sobie jak po burej suce, dobrze że kot nie rozumie. Śpi mi na brzuchu przez pół dnia, kiedy czytam "Tańcz, tańcz, tańcz" (a jednak trochę bohater Murakamiego może z tym pomysłem na wyjazd gdzie indziej) i kiedy piszę. Potrzebuję też pamiętać, że druga strona medalu to jest że jakoś trzeba przestać płakać.

środa, 18 marca 2026

KocitSkoria, ten breakcore z plumkaniem i sajonara na końcu

Nie mogę doczekać się wyjścia z domu, mieszkania, dobrze wiem, że to ucieczka jest. Byle tylko zniknąć, zanim wróci z pracy. Tak to teraz jest i tak to będzie jeśli mi nie przejdzie, albo jeśli nie zapadną jakieś drastyczne decyzje.

Odwiedzam nowe kluby fitness, tym razem padło na Mennica Towers. Wieże są mnogie, trafiam wstępnie do tej złej, chłopak z recepcji kieruje mnie do tej naprzeciw. Obok jest Norblin, nie mam pojęcia, czym jest Norblin, może to sprawdzę? Pstrokaty Brzuszek zabiera tam przyjezdnych na wycieczki. Chyba nawet mignęło mi że jest muzeum, może to coś jak sąsiadujący z moim blokiem Koneser.

Dobrze mi służą te ucieczki z mieszkania, oprócz aspektu ucieczki, myślę. Trochę spaceruję (na tyle na ile pozwalają kolana, one się najbardziej na spacerach zużywają), trochę na nowo czuję miasto, jak za czasów w korpo. Korpo nie było specjalnie urocze, ale wiele wtedy spacerowałem, rozglądałem się, myślałem, przecież większość wpisów tego rekordowego roku założycielskiego musiała powstawać w głowie częściowo w takich sytuacjach. Wciąż trudno mi się myśli o innych sprawach niż o powodach ucieczki, ale na pewno łatwiej jednak, kiedy jakieś mam przed oczami. No ale nie chce mi się pakować z klocowatym laptopem więc CV znów nie ruszyłem.

Mimbla pytała, czy wysłałem, Pstrokaty Brzuszek pytał, przecież po to im mówię, żeby była mobilizacja, żeby nie było wstydu że nie ruszyłem tematu. Do tego Mimbla mówi, że coś tam znajomy szuka, ale w zupełnie obcych mi rzeczach, widzę też nowe fajne oferty, pod które niemal to samo CV by poszło przecież.

W domu mieszkaniu bezwład, w domu mieszkaniu paraliż. To gorszy tydzień, śpię pod kocem w dresie, nie chce mi się zdejmować narzuty z łóżka. Noł stress, jestem czysty, przecież ze dwa czy trzy prysznice biorę po zajęciach. Ale jednak. Nie mam ochoty na nic, jedynie książki jakoś wchodzą, ale Silksong, godot, cokolwiek, wszystko leży. Poza programem zajęć realizuję minimum niezbędne do przetrwania. Potrzebuję wyrzeźbić cokolwiek na NWO, może nie ze spraw świeżych, skoro nie idzie, niech będzie i full nostalgia? Jak rozprawka w szkole.

Wchodzę do nowego klubu, byłbym przysiągł, zrobiłem dobre wrażenie na dziewczynie ćwiczącej naprzeciw drzwi. W sumie dobre wrażenie robię na sobie, trzeba się wygolić wprawdzie, ale w kremowym swetrze i granatowym płaszczu nadrabiam. Zerkamy na siebie znów kiedy wychodzę z szatni, teraz mam już jednak w głowie że jestem na siłowni i moje ramiona pająka odstręczają. Trzeba podziękować za ten niepokój Salty, w końcu to z jej z koleżankami wieczoru wiem że facet to ma srać kasą i mieć ramiona jak pień drzewa, żeby nosić na rękach bez problemu.

Drugi raz o to pytam, po jaki złamany chuj mi to tłumaczyłaś później, że to tylko takie żarty były i wcale nie myślisz (myślicie?) nic takiego na poważnie. Why do you care?

W szatni w pierwszej chwili nie zauważam Instruktora, taką będzie miał xywkę, bo to pewnie jedyny facet w moim towarzystwie najbliższym aktywny w zawodzie. Sam mnie zaczepia, też uważa że dobrze  lub schludnie wyglądam, bo pyta czy po pracy.

Mówiłem wczoraj Danielowi Craigowi, że nie będę wychodził z domu wyglądając źle, zależy mi, dobrze się z tym czuję. Czy to puste? Pewnie trochę. Ale ja potrzebuję każdej możliwej rzeczy, która utrzymuje na powierzchni, to też jakaś lina ratunkowa, chwytam się wszystkiego co poprawia samopoczucie. Stówka na miesiąc w secondhandzie sieciowym czy stacjonarnym to i tak o wiele mniej niż dowolne używki, c'nie?

Rozmawiamy też chwilę po zajęciach, Instruktor, tancerz taki że narody klękają, opowiada mi że zaczął ten Salsation rok temu. Na chwilę oblewa mnie zimny pot, bo ja w różnych formach bawię się w te tany dwa lata ponad i nie widzę szans na takiego skilla przed pęknięciem kolan, ale uspokaja mnie - on po prostu ma talent. Za małolata tańczył ze cztery lata, ale już wtedy łapał wszystko w sekundę. Odpowiadam na to swoje ulubione, że byle falki się uczyłem przez pół roku i wciąż czasem tak sobie. Chwali mi falki i daje podpowiedzi, co poprawić przy chodzonych.

Uśmiech, ciepło i serdeczność to może też jest talent.

Cudowna na reggaetonie przypominała dopiero co, że robimy trudne rzeczy, te wszystkie rolle klatką piersiową itp., mam na zajęciach nowe superluźne ciuchy, myślę że półtora roku pracy to jedno, ale fashion dokłada cegiełkę i jestem ekstra zadowolony z postępów. Jest jakoś życiowo ironiczne, że nagrywki z zajęć wrzucam z filtrem "HOME" ostatnio i jedynie widoczne dla znajomych oznaczonych jako najbliżsi, tj. odgwiazdkowałem Salty. Chyba i tak nigdy tego nie oglądała, sprawiła na mnie kiedyś wrażenie, że klika czasem te lajki mechanicznie z grzeczności. Oszczędzę jej.

Ale to jest głupie.

No ale taka prawda, że nawet zanim się zorientowałem, że tęsknię, to mi zależało, żeby jej pokazać, od kiedy tylko wiedziałem, że się interesuje tańcem i byliśmy na tych zajęciach z K-popu.

Dziś pisze, że będzie miała gości na herbatę, a co mnie to, nie wrócę do domu mieszkania przed jedenastą.

Tańczę, drugie Salsation nie pykło z listą rezerwową, więc jestem gościnnie na zumbie na Gdańskim. "Tańcz, tańcz, tańcz" - czytam, myliłem się i w ogóle nie jest to oczywiste, że zupełnie nic z tej książki nie pamiętam. Wręcz wiem teraz, że była mi w tym roku przeznaczona nie tylko przez tytuł. Możliwe że to było na naleśnikach, kiedy rozmawialiśmy o podawaniu kotom kroplówek (ale w sumie mogło być i z Salty, nie jestem pewien) i powiedziałem wtedy na pewno, że śmierć kota to jest dobra sytuacja na rozpoczęcie książki. Wyszło szydło z worka, czytałem to ze dwadzieścia lat temu i niby nic nie pamiętam, ale sytuacja ze śmiercią kota na dzień dobry jest właśnie z tej książki Murakamiego. Wezmę to za dobry omen.

Zastanawiałem się kiedyś, jak nie skończyć w życiu jak jakiś bohater opowiadania Sołtysa, na pewno nie grozi mi bycie bohaterem Murakamiego. Dziwne sytuacje zawodowe i przerwy w zatrudnieniu w sumie pasują, no ale oni jednak na ogół mają tam kogoś w życiu, a mnie nie dotyka nikt. Czasem brzmię jak  jakiś incel, ffs. Do tego moje serce wiernego psa drażni, że te dziewczęta z książki to sypiają z typem na boku, a mają np. narzeczonego i dopiero się rozstają po ślubie. W ogóle seks bywa czasem w jego książkach jak rzecz, którą się zdejmuje z i odkłada na półkę. Jakie to by było wygodne.

Wierny jak pies, ale zdychający jak kot, jak najdalej od wszystkich. Głupio mi tak dystansować duet B&H, ale co ja mam im powiedzieć, że wchodzę w trzeci miesiąc płaczu i nie widać poprawy? Wcale się tak dużo w życiu nie napłakałem do tej pory, może mi się wyrównuje. Kobiety w których dostrzegasz partnerkę, może żonę, to jest kiepski materiał na współlokatorkę. Ale skąd możesz wiedzieć wcześniej, przecież to nie pierwsza laska co tu mieszka, nigdy nie było tego typu kłopotów.

Obracam te myśli w drodze z metra, nie skręcam do siebie, wlekę się najwolniejszym możliwym spacerem mimo chłodu, żeby tylko opóźnić wejście do domu, nie nadziać się na żadnych ludzi, najlepiej żeby Salty już spała, choć wiem że pewnie jeszcze nie będzie. Skręcam na Plac Konesera, wpadam na Pstrokatego Brzuszka z partnerem. Więc nie muszę jeszcze te następne pół godziny spacerować sam, miłym jest mi ten zbieg okoliczności, nie rozumiem tylko, dlaczego życie nie ma dla mnie takich zbiegów z kobietami. PB ma ostatnio powodzenie, uważa że to dlatego, że mu przestało zależeć. Nie wiem jak dotrzeć w takie miejsce i nie wiem czy w ogóle chcę, no ale to ładny kontrast. "Pogodziłem się że chyba będę sam", jak mówi, vs "pierwsza dziewczyna o której pomyślałem że mógłbym się oświadczyć" (bo była się nie rozwiodła za mojej kadencji, więc nie bardzo było jak o tym myśleć, no ale still valid).

Mamy kiedyś sprawdzić, czy damy sobie radę pomachać przez okna, to blisko.

niedziela, 15 marca 2026

Aliens, Turquoisedeath, thx dedeco

We wtorek późniejsze niż zwykle spotkanie z Różyczką, przestało jej się podobać na zumbie, więc też wtorki odpuszczam, pewnie z czasem i środy? Kiedy ostatnio byłem u Trenerki Danse Macabre, rzuciła na początku zajęć to pytanie, co się stało, że tylko raz na tydzień. Ja na to, że kiedyś miałem młodsze kolana. Przecież to by było nieuprzejme ze środka sali krzyczeć, że wolę Salsation teraz, po co prowokujesz! Ale na jutro do Damy Pchełek jestem zapisany, tam jednak mocniej lubię.

Poszła ze mną na Salsation Różyczka, ale też średnio jej się podoba. Wcześniej skończyliśmy GOW Ragnarok, ostatnia Walkiria padła szybciej niż Król Berserków, wręcz nieco byłem zawiedziony! Zaczęliśmy It Takes Two, bo ma couch co-op.

Niepokoi mnie ta gra wstępnie, skoro to gra terapeutyczna jest, będzie mnie jakoś kąsać i wkurzać, choć przecież ja nie jestem w sypiącym się związku dążącym do rozwodu, nie było żadnego związku, nie zapominaj o tym ani przez chwilę, że taki dom to twoje urojenia-marzenia, nie ma znaczenia jak bardzo byłeś szczęśliwy.

No ale jestem w odwrocie z relacji - czy można mnie winić, że próbuję to tak ogarnąć, żeby jej nie wypraszać ze wspólnego mieszkania?


W środę zrobiłem odwrót do Galerii Renova, second handy też mogą być drogie, wydaje mi się, że ten jest tańszy niż najbliższe, co nie zmienia że trzymam za słowo Daniela Craiga, obiecał wspólną wycieczkę. I  tak wydałem dużo kasy, ale jest z tego voucher do kwietnia zniżkowy, jeszcze się trochę obkupię za kilka tygodni, bo mi wciąż mało. Nabrany na program lojalnościowy w second handzie, do czego to doszło!

Czuję się dobrze na zajęciach w nowych ciuchach, po prostu! It's something! Lawyer Spice też propsuje, że dbam o wygląd, mówi że to dobry znak ogólnie, wychodzenia z depresji, odpisuję, wydaje mi się, nie zakłamując rzeczywistości, że oprócz sprawy z Salty to jest dobrze przecież.

Mój hipotetyczny profil na tinderze powinien mieć zdjęcia jak z wyboru postaci do gry. Wybierz swojego partnera czatu:

- Aragorn z temu  - tj. wersja elegancka

- za stary by tańczyć - tj. hip-hop luzak pod zajęcia

- gram na linuxie  - jeszcze nie ale zanim się zdecyduję na profil może będę

Przynajmniej bym wiedział od razu, że jeśli ktokolwiek kliknie w kierunku ok. jest nerdem. Powinienem to założyć żeby z kimś pogadać niezobowiązująco, nie żeby się koniecznie umawiać przecież. A Mimbla mówiła kiedyś, że zna małżeństwo które się poznało przez nieuważny swipe w niechcianą stronę wręcz.


Przewijam się przez dom mieszkanie w pośpiechu, w drzwiach odbieram telefon od Bazyla, taki niezobowiązujący. Bazyl właściwie nigdy nie dzwoni, bo "przejeżdża obok i o mnie pomyślał", to zawsze jest coś jednak. Widzę więc że ekipa która pomysł że ja mam uczucia bierze za żarty widzi że coś nie tak i próbuje.

Nie chce mi się z wami gadać.

Za mocno wziąłem sobie do serca ten pomysł Mimbli, że mógłbym być o to obrażony i nagle jednak trochę jestem.

Mówię jej o tym w czwartek, ale tylko znów potwierdza, że to naprawdę, naprawdę słabe, uznać człowieka za żart w sprawie zapraszania na randki, będąc jego najbliższymi ludźmi w sumie. Spacerujemy w okolicy biura przy Metro Wilanowska, wydaje mi się że osiadła już jakoś w tej nowej robocie, ale mówi że jednak wciąż trochę stres i ten impostor syndrom, bo zaczyna już "prawdziwe taski" i w sumie to nie do końca czuje że wie co robi jednak. Jeśli przezajebista Mimbla tak ma, to jak ja kiedykolwiek mam znaleźć pracę, ech?

Żartujemy sobie trochę o budynkach dziurawych czy obłych. Odwiedzamy skarpę z fotelem widokowym, kiedy między blokami, wydaje nam się, dostrzegamy koniec miasta. Jest w niej ciągły niepokój, że ja stoję na krawędzi, że sobie zrobię krzywdę, jak ten typ z osiedla u niej na Teofilowie niedawno, co wyskoczył z okna. Albo jak ten o którym rzadko mówimy wprost po tylu latach, choć wiadomo że to przede wszystkim o to doświadczenie chodzi.

Byłem tak daleko od gościa, a i tak później myślałem - rozmawialiśmy o Morrowindzie kiedyś, gdyby cokolwiek z tego pociągnąć, czy byłby jakiś inny efekt motyla? Później znów odbieram telefon od Bazyla, śmieję się że tym razem udało mi się wstawić tosty przed, ale jak najszybciej przerzucam rozmowę z siebie na Herbacianą. Mówi wprost, próbują zadzwonić drugi raz na drugi dzień, bo źle brzmiałem. Ejże, źle brzmiałem, bo w sumie chory oprócz wszystkiego innego. I Salty w domu przy której nie pisnę ani słowa o swoich stanach przecież, jeśli w ogóle cokolwiek Wam pisnę.

Zajmijcie się lepiej swoją depresją, zamiast mnie pytać o moje leki czy cokolwiek; w tym i tak Salty lepiej wam doradzi niż ja. Wszystko byście wiedzieli, gdybyście pamiętali adres bloga przecież. Nawet widzieliście pierwszy wpis żałobny, bo przeklejałem i Herbaciana od razu zaczaiła skąd to musi być.

Jak kurwa ma być dobrze, jeśli miałem przez kilka miesięcy w życiu słońce a teraz sam je gaszę?


W piątek rano budzę się akurat na ratunek od bratowej - chodź na spacer z rodziną, bo jesteśmy u fryzjera w okolicy. U fryzjera patrzę na odmalowane płytki w toalecie, to jakiś plan jest na tani remont, dla mnie spoko.

Na placu zabaw przez godzinę podnoszę dzieci do zjeżdżalni, mam w głowie tę złośliwość, że "jak będę chciał gadać z dziećmi to pogadam z bratankiem" odnośnie bycia za starym dla Salty (wychilluj, ona to ujęła dyplomatycznie: za duża różnica wieku) i życie składające się z ucieczek przed nią teraz.

Jeśli jestem dla ciebie za stary na randki, to jestem dla ciebie za stary na gadanie w kuchni o czymkolwiek przez godzinę, na uważność odnośnie spraw w pracy, albo mówienie z kogo twoja siostra by była dumna, że białko, białko, białko w posiłku; żarty że kot część rzeczy ma po mnie a część po tobie, dzielenie się mandarynkami na pół i pytania ile kawy ustawić; komentarze o dziurach w mózgu (czy ktoś kiedyś jeszcze pokocha cię za dziury w mózgu jak ja, hę?) i chwile wisielczego humoru o straszącej po pożarze na osiedlu zmarłej babci; na pytania o fanfiki potteromaniaków, a już tym bardziej na wspólne oglądanie filmów czy seriali z przygotowanym zawczasu dzbankiem herbaty i przekąskami;  no i totalnie nie wchodzi w grę planowany kiedyś Silksong, like, ever. I może na mówienie "bajo" przy wyjściu z domu mieszkania też jestem za?

Dalsza, smutniejsza część tego żartu, że mieszkałem ze żmiją, co się zachowywała jak była żona oraz z cudowną kobietą co nigdy nie zostanie żoną, to jest że sam się zachowuję jak jakiś były mąż pewnie. Może jeszcze nie aż tak, ale na pewno coraz bliżej.

Jakie to jest słabe, ale jak ja tęsknię przecież też i to też jest słabe, tęsknić do kogoś, kto mnie nie zechce.

Cały dzień spędzam z rodziną brata, kawa w ulubionej palarni Ave przy Ząbkowskiej (wywołuje we mnie zazdrość prowadząca ten biznes, tak wkręcona), pizza, już wiem że L'osteria jest spoko przecież z Walentynek z Pstrokatym Brzuszkiem, przejazd na Białołękę, klockowe wieżowce w literki z Kroplą Deszczu (nawet gra u fryzjera kiedy jest strzyżony!), czytanki z Samkruszynką. Specjalnie miałem ze sobą laptopa, żeby pogrzebać przy CV, ale nie bardzo to robię, przed tym chyba też wciąż uciekam, wymawiam się dzieciarnią.

Wieczorem w domu pada pytanie, prawie że wprost, czy wszystko w porządku - wiedziałem że te telefony nie wzięły się z niczego przecież. Kiedyś jej powiedziałem że ja nie kłamię. Teraz już chyba umiem jej kłamać, przecież nie mam innego wyjścia. Ale jakbym chciał żeby się wyprowadziła od razu bez tej walki o przejście nad sprawą do porządku dziennego to "kocham cię" byłoby najskuteczniejszą ścieżką pewnie, wiałaby ażby się kurzyło, iksde. Choć generalnie wolę jej nic nie mówić zamiast kłamać.

"Jestem chory i boli mnie głowa" - przecież to nie kłamstwo, to wymijająca prawda, nie musisz wiedzieć na dokładkę, że Mimbla mi doradza żeby ciąć przy samej ziemi, tj. wyprosić z domu mieszkania jednak.

Pięknie ci się tulipany z dnia kobiet otworzyły, przyciąłem je zgodnie z zaleceniami, nawet nie wiedziałem, jak wygląda ten kwiat przed tobą, jak postoi chwilę w wazonie.

Nawet nie wiedziałem jak wygląda dom. Przed Tobą.

Czy kiedy mówisz przez telefon "właśnie weszłam do mieszkania" to też skreślasz dom w głowie, jak ja to robię trzeci miesiąc?

Tnij, tnij, tnij. Skreślaj, skreślaj, skreślaj.

Mój bunt w mózgu to przecież niewiele ma wspólnego z tęsknotą, tj. ja nie wierzę że tak kategoryczne "nichuja" da się zmienić, nie wydaje mi się żeby ludzie się aż tak zmieniali. Po prostu:

ONA NIE ZROBIŁA MI NIC ZŁEGO

Złotymi kurwa literkami, jak magiczne zaklęcie wyryte na mózgu przez Macrosa. To by było tak bardzo nie fair, nawet jeśli nie wykopać jej jest nie fair dla samego siebie. Ze żmiją to miało sens od pierwszego tygodnia, a i tak starałem się jakoś delikatnie.

Nie patrzy na mnie, kiedy o to pyta, czy wszystko w porządku. Tchórz.

Nie patrzę na nią, kiedy odpowiadam wymijająco, przecież uwierzy w co zechce uwierzyć, a chorobę widać po mnie mocno. Tchórz. Ale widzę w oknie, że była odwrócona do stołu. Zerkam na nią teraz czasem tylko przez te odbicia. Niestety malutką twarz i tak mam na komunikatorze i nawet tam wciąż boli w chuj patrzeć na nią, kiedy akurat pisze żeby nie karmić kota, bo idzie z nim na badania przed zabiegiem.


Dziś zdzwonka z byłym szefem, pogadaliśmy, pewnie niepotrzebnie, znów o starej robocie, całkiem potrzebnie o Silksong, który zacząłem sam z taką myślą, że po tym już może będzie po wszystkim? Wyszedłem na spacer, częściej niż kiedyś korzystam z bliskości Starówki. Pod Cerkwią sympatyczna dziewczyna w koniakowym płaszczu i białym szalu, akurat mi stanęła przed nosem i jakby się wierciła trochę. Ale przecież nawet gdybym nie był wciąż emocjonalnie rozjebany z Salty to bym nie zaczepił, więc co z tego, hmm? Nawet wysiedliśmy na Starówce razem, ale jakoś mocno się spieszyła, a ja specjalnie w drugą stronę, nie mam złudzeń, że cokolwiek teraz mogę.

Choć przecież nawet wyglądam spoko, druga próba z płaszczem to pełen sukces, podobam się sobie! Mimbla przypomniała "500 dni miłości", w to przedwiośnie życzy mi jesieni.

Na Placu Zamkowym objawia się mini-przeznaczenie, jestem tam żeby cyknąć turystom fotkę ze Stadionem Narodowym. Widać z góry też ten pawilon z napisem "taniec", który pokazywał na insta Daniel Craig. Kojarzy mi się to i że  kończę drugi tom Malazańskiej, zrobię przerwę od smoków i przeczytam sobie "Tańcz, tańcz, tańcz". Nic nie pamiętam, nic nie wiem, może Murakami ma jakieś odpowiedzi albo inspiracje, kiedy taniec to jedyne co mam.

Wracam przez kładkę, siedzę tam chwilę, bo serio lubię, tylko trochę tłok, więc na niższej ławce, nie widać dobrze, jak samochody na Śląsko-Dąbrowskim wyglądają jak resoraki przez to. No i raczej nie chodzą tamtędy samotne dziewczyny, to już Harry Potter zauważył, że zawsze grupami. Może przy następnych naleśnikach też jakiś kładking, co tak będę sam siedział? Pokazałbym się w nowej koniakowej kurtce.

wtorek, 10 marca 2026

Orange County

Śni mi się, że jesteśmy z kimś nad wodą, brzegi są betonowe, brzydkie, mamy przejść przez tę wodę, bo okazuje się bardzo płytka, mówimy że to Cieśnina Gibraltarska, ale jednak nie idziemy, bo choć tak płytko, to zapach jest jakiś taki okrutnie zatęchły, zawracamy. O wiele węższa ta senna cieśnina z betonu, niż rzeczywista, choć o rzeczywistej czytałem coś tam kiedyś, albo oglądałem, że myśleli nad postawieniem mostu.

Za chwilę zostaję zamknięty w izolatce, nie wiem co to za kara, nie wiem co to za wrogowie, może to coś jak z Kafki. Mam wrażenie bycia jakimś męczennikiem. "Nie będę męczennikiem w straconej sprawie przecież", pisałem niedawno Mimbli, torturują mnie w ten okrutny sposób psychiczny, tj. dają promyk nadziei, odsłaniają na chwilę okno, dosłownie wpadają promienie słońca, ale po chwili zamykają, nic z tego, spędzisz w tej ciemnicy wieczność. Krzyczę że wytrzymam, ale kulę się, układam jak do muzułmańskiej modlitwy, czoło i kolana do podłoża.

Budzę się i myślę że przecież to wszystko ja sam, grzęźnięcie w betonowym ścieku, palenie mostów zamiast budowy, zawracanie, zamykanie w izolatce, całe moje uczuciowe szambo kipi w tych snach, jak zawsze.

Salty jest tak bardzo lepsza ode mnie (choć myślę, że może ma łatwiej, skoro nichuja nie ma dla mnie takich emocji jak ja dla niej), siedzę od rana zamknięty w pokoju, słyszę jakiś krzyk z kuchni, myślę: jednak zauważyła kubek. Nie pędzę tam od razu, dowiem się przy okazji, jak wypełznę z pieczary.

"Myślałam że mam zwidy! Dziękuję!"

Ładna kropka by to była.

Jestem dobry, wdzięczny, niczego nie oczekuję.

Nieprawda, nieprawda, nieprawda.

"No przecież ona się we mnie nie zakocha", pisałem Mimbli, na pytanie, jak się sprawy mają. Mam nadzieję że uda się jutro z nią kawa. Ktoś w internetach twierdzi, że ta piosenka o śmierci nie pasuje do nowego albumu Gorillaz, a mnie tak super pasuje ta piosenka teraz przecież, nawet jeśli to trochę inna śmierć się musi wydarzyć.

Nie ma tu żadnych przystojnych kocurów...

"I tak by ci się nie spodobało."

Kotka ma te swoje pół roku już chyba, nie wiem jak wygląda koci cykl, ale na moje to dostaje szajby już trzeci raz od półtorej miesiąca. Salty łazi po domu i z nią gada w tym tonie, albo że "nie ma jej kto wyruchać". Jak te kobiety są między sobą subtelne, jejku, jej. Co z tego że międzygatunkowo.

(Co z tego że brzmi jak z programu "co można powiedzieć do kota i żeby dojebać absztyfikantowi".)

Wspólnota doświadczeń, huehue.

(Wiadomo że dziewczyny ze swoimi różnymi parametrami mają większe szanse niż niżej podpisany, nie musiałyby się prosić, byłaby kolejka.)

Plus jest taki, że kiedy w sobotę odwiedziła mnie ekipa na naleśniki, to kotka nie siedziała zestrachana w jakimś kącie - na ogół boi się mężczyzn, ze mną się oswajała długo przecież, a ma mnie dzień w dzień - tylko łasiła do wszystkich bez względu na płeć. Było udanie, miło, myślę, choć z jedną koleżanką mam wrażenie, że za mało dawałem radę ją włączyć w rozmowy, słaby gospodarz. Ja zrobiłem naleśniki i rogale, Stania z mężem ubili śmietany i przynieśli kajmak nawet, było przesłodko. Pstrokaty Brzuszek przyprowadził swojego couchsurfera, więc było znów trochę angielsko-polsko, jak z mężem kuzynki poprzednio. Przydałyby mi się częstsze rozmowy po angielsku.

Minus jest taki, że w niedzielę naszczała mi do torby, dzisiaj do łóżka i za trzy godziny, jak już zmieniłem pościel na świeżą, znowu do łóżka. Tym sposobem kot dostał bana na mój pokój, co wydarza się w idealnym czasie, bo to znaczy, że będę zamykał drzwi, a to znaczy mniej współlokatorki, która ten tydzień ma pracować zdalnie.

Kocie, wredna jesteś, spałaś mi dzisiaj na brzuchu najpierw, a później takie rzeczy. No ale może w sumie ty jedna rozumiesz, że ta grodź w postaci drzwi jest dla mnie dobra, więc na dobrą sprawę to jednak dziękuję. Pościel do jutra sobie wyschnie. A drzwi pewnie już pozostaną zamknięte.

Salty podziękowała za kwiaty na dzień kobiet, ale nie skomentowała, że na półkę kuchennej szafki wrócił kubek. Tym razem opatrzony podpisem "back from hell for women's day". Wygląda jakby ją parzył, tj. jeszcze go nie wyjęła od wczorajszego wieczora. Nabieram podejrzeń że ona jednak miała z tym kubkiem jak ja też mam z jednym z otrzymanych - może jednak marzyła, żeby kot go zbił. A tu psikus, żart wrócił. Wiem na pewno, że lubi głupie kubki, chwaliła się różnymi przecież, ma taki z kremówkowym papieżem i kodem QR odsyłającym do jakiejś techno wersji "Barki".

Może ten ode mnie jest aż nazbyt głupi? Ej, za drogo mnie kosztował, żeby nie wrócił choć raz.

Na kubku jest rysunkowy Dean Winchester z gołą klatą, bo jakiś milion razy przy serialu powtórzyła, jaki on jest hot i że testosteron. Napis "testosteron" też jest na kubku, żeby nie było wątpliwości, skąd ten pomysł.

Może nie chce pić testosteronu?

Masz swojego kocura znów, ucieszyłabyś się, Księżniczko!

(Jakiś to jest etap żałoby, że się idzie w hejt? Chciałbym żeby gdzieś była kropka, ale może nie tu, c'nie?)

Byłem w niedzielę po dłuższej przerwie na zumbie u Damy Pchełek, aż się dziwię, jak było ekstra.

(Pamiętaj, jaki rollercoaster emocji przeżyłeś z Damą Pchełek i że teraz jesteś już perfekcyjnie obojętny. Trzeba po prostu przetrwać!)

Później dwie godziny Salsation. Jest to niezbędne do zajętości głowy i zapominania o tęsknocie. Nie wiem skąd mam w telefonie taki obrazek jak z jakiegoś profilu dla mojego wspólnego z kobieta onet targetu czytelniczek na fejsie:

myślę o tobie
ale ciszej
coraz ciszej
tak byś nie słyszała
jak zapominam

To pewnie wpadło tam przy okazji byłej. O której wciąż pamiętam, no ale coraz ciszej. Czy ktoś gdzieś tam komuś zrobił krzywdę? Wtedy, teraz? Niby nie. Powiedziałem jej wtedy, że czułem się okropny, kiedy przestałem już nawet pytać, czy ma dla mnie czas. Teraz też jestem okropny, bez żartu i bez uśmiechu. I bez czasu, bo z niego uciekam.

Bo wciąż tęsknię. Planuję jutro sklepy, zamknięte drzwi to za mało.

A żeby myśleć coraz ciszej, to trzeba się rozstać. Tymczasem Salty kupiła sobie wycieraczkę pod drzwi. I numerek do naklejenia, bo mieliśmy tymczasowy-wieczny na karteczce, brat kiedyś zostawił. Jakby jej Herbaciana powtórzyła, co jej napisałem o "przebijaniu tego balonu bullshitu że mam dom" (stąd się wzięły skreślenia domu że to tylko mieszkanie), ale w dziurach w mózgu się nie mieściło jednak, że dom to jest relacja, nie nowa wycieraczka. A o relacji powtarzam sobie do upadłego, zapominając o trosce i przyjaźni, że tak bardzo nie chciała uwierzyć, że ja mogę mieć ciepłe uczucia, że wybrała dla mnie żal i litość, że uznała, że się łaszę do niej o towarzystwo i proponuję teatr, bo nie mam innych znajomych (that's so fucked up), co może wręcz sugeruje, że gdyby cokolwiek, to ostatecznie to by się mnie wstydziła.

(Tak naprawdę wiem, że będzie tylko cudowniejsza i nie chcę na to patrzeć, nic z tego nie będzie moje.)

No więc to słabe inwestycje. Wiem to już niestety, dla mnie będzie o wiele za głośno, jeśli ktoś Cię będzie trzymał tam za drzwiami za rękę kiedykolwiek. A tym bardziej gdyby robił cokolwiek, co by się spodobało, right?

Już tak bardzo zazdrosny, choć nie ma tu żadnych przystojnych kocurów.