Zakatarzyłem się, po cichu liczę na to, że przeziębienie mam od ubiegłego tygodnia, tylko rozłożone na raty i wtedy była jakaś gorączka, bóle głowy, a teraz tylko nos. Śnię o wielkiej wodzie, pływam z kimś i bez kogoś, przez chaszcze po wyspach, ale jednak najwięcej wody - bo cieknie z nosa i łaskocze, budzi. Częściej jednak budzi komar, skąd go przygnało jesienią?
Jest mi bardzo przykro, że od lat pracuję, kiedy nie pracowałem, to w gorączce i chorobie pisałem najbardziej egzaltowane rzeczy, dajmy na to opowiadaniem rozważałem zakończony kilka miesięcy wcześniej związek, przeinaczając takie napisane dla kobiety z wielbiącego w odzierające ze złudzeń. Na szczęście nie znam teraz żadnej kobiety, oraz nie siedzę za długo po nocach, bo rano trzeba wstać. Nie wiem którego i czy w ogóle któregoś mi brakuje, chyba tego drugiego prędzej.
Jeśli mam wskazać jedną rzecz, w której zgadzam się z moimi zagranicznymi mocodawcami, to właśnie w podejściu do kataru. Oni akt smarkania nosa stawiają na równi z wymiotami. Jest to szczególnie bolesne podczas firmowego obiadu, kiedy siedzę obok takiego i smarczenie boli mnie podwójnie albo i potrójnie, bo na pewno boli jego, boli mnie samego, skoro nie lubię, ale jeśli jego boli już teraz, to może sobie o tym w jakimś nieodpowiednim momencie przypomnieć. Walczyłem jak lew, żeby się od obiadu wymigać, ale moją asertywność rozgromił ten zdrajca Głaz. To sytuacja analogiczna do tej z Czarną Mewą, na nic mocne postanowienia, nawet jeśli nie zawsze z sugerowanych zachowań wychodzi coś dobrego. Głaz wpadł kiedyś na pomysł, żebym może się ogolił, mówił - A może to zmieni twoje życie?
Ja brody nie goliłem od liceum, bo golenie się jest dosyć upierdliwą rzeczą, a do tego wyhodowanie czegokolwiek na kształt brody przy moim, tak mi się wydaje, średnio męskim zaroście, jest sukcesem, który szkoda marnować. Przeżyłem z brodą próbę na jednych studiach, drugich, trzecich, nawet próbę z jedną kobietą, aż padła kamienna sugestia i okazało się, że bez brody naprawdę lepiej wyglądam. Choć życie mi to tylko utrudniło i częściej teraz wyglądam źle, i wiem o tym, a wcześniej to nie.
A później do autobusu zapomniałem kupić chusteczek i to już w ogóle była porażka, pociąganie nosem, to jeszcze gorsze niż wysmarkiwanie się przecież - bo widać, że ciamajda, chusteczek nie ma.
Oczywiście w związku z katarem spadła moja wydajność w czytaniu, rano jestem zupełnie nie do życia. No bo ja jednak lubię się czasem przespać, a tu katar i komar, ka do kwadratu, katastrofa. Dzisiaj skończyłem Beksińskiego - wciąż ekstra. Czytałem i potakiwałem, aż pojawiła się niepokojąca myśl - czy to aby społecznie pożądane, albo pożądane młodzieńczo, bo ja jestem młodzieniaszek, żeby taki jeszcze nie ćwierćwieczny człeczyna myślał jak siedemdziesięciopięcioletni Beksa. Dobra - najwyżej wydaje mu się, że myśli podobnie.
W pracy wyskoczył ostatnio temat pamiętników, których podobno każdy kiedyś próbuje, ale na ogół nie daje rady uciągnąć. Na zapytanie, na czym taki pamiętnik polega, odpowiedziałem, że na byciu emo, egzaltacji i nieosiągniętych kobietach. Później pomyślałem, że chyba chodzi o to, żeby dojść do punktu, w którym nie jest do niczego potrzebny, kiedy słów jest coraz mniej. Daleko mi jeszcze do tego, nawet jeśli więcej się produkuję ostatnio tutaj. Klawiatura jest szybsza, ale papier bardziej cierpliwy i można nań bezpiecznie smarkać.
Tylko jakoś ładniej to myślałem, tam w biurze, na odcinku między boksem i windami.
Ja pamiętnika próbowałem już w podstawówce, to mogła być piąta, albo szósta klasa. Wymusiła to na nas polonistka i wychowawczyni zarazem, a ponieważ jeszcze bardziej żyłem wtedy we własnym świecie - podszedłem do pisania pamiętnika równie poważnie, co teraz, że nikt nie ma wstępu, że to tajne i pisane w piwnicy, po złożeniu szatanowi stosownej ofiary. Mój pamiętnik na zebraniu dostała mama, przy czym raczej nie miała wcześniej pojęcia, że się w tej formie sprawdzam, ani tym bardziej, że w ogóle nie przyszło mi do głowy traktować tego jak każdego innego zadania domowego - gdzie sprawdziłaby moje ortografy. Dostałem albo dwóję, albo pałę, mama odbyła rozmowę z wychowawczynią, z której dowiedziała się, jakim jestem leniem, a ja pomyślałem sobie o tej zdrajczyni polonistce, że jest świnią.
Na odcinku między boksem i windami było jeszcze coś o odzieraniu siebie ze złudzeń. Pokora. Co mi z tego, że mnie nie ma, skoro i tak mam katar? Może za bardzo byłem, z Bazylem i Mrocznym Krzysiem na rowerach w sobotę. Wiem teraz, gdzie jest najmniejszy dom w Warszawie, oraz dom na Saskiej Kępie występujący ponoć w każdym podręczniku architektury, no i gdzie siedzi Osiecka.
Ooo... to fajną wycieczkę mieliście, taką tematyczną :D btw. imho powinien być tu jeszcze tag dwudziestokilkulatek
OdpowiedzUsuń