środa, 2 stycznia 2013

[FB] Promocja, status na gnuśnytm fejsie, ostatni taki status na fejsie

Nowy Rok rozpocząłem od utraty wzroku. Naprawialiśmy taśmą, głównie po to, żeby Milan znów rozbił Juve. Wciąż mam w domu jakieś pół setki balonów, najlepszy pomysł roku ubiegłego pozwolił przetrzymać najbardziej zombiastyczne chwile kolejnego. No bo kopanie w balony koi. Poszliśmy na spacer, rześko, bez czapki (ja, za to na mój widok zimno innym), kierowcy przepuszczają na pasach, idziemy po pasach, tylko po białych pasach. Do robienia obiadu w słuchawkach Aloha, mogę się nie golić, ale o brodę jak ta Rumcajsa musiałbym walczyć miesiącami. Później wszystko od świtu do światła gwiazd, leci to z pleja, więc zmieniam płyty. Mam koszulkę prawie jak Corgan, jakieś 11 numerów większą. Drekoty skrzypią bez komentarzy, dopiero Kontinuum wywołuje protesty, ale przeskakuje do następnej, zanim ktokolwiek rusza do pada. Tak przeżywam dzień pierwszy. To teraz już nic tylko czekać do listopada.

Dziś wciąż jeszcze przytomnieję, ale wzrok mam już naprawiony profesjonalnie - I zmieniłem panu noski. - Fajnie, a ile to będzie? - Nic, darmo. Proszę robić dobre uczynki.

niedziela, 16 września 2012

[FB] Piosenka na niedzielę

Idziemy mostem, grupa przyjaciół, jakieś koleżanki też. Trasa Łazienkowska. W ogóle grupa jest większa, rozciągnięta na moście, podzielona, dobrani wszyscy jak na WOSie, znajomi, rodzina najbliższa, dziadkowie.

Wychodzę gdzieś przed przyjaciół w niepysznym humorze, a kiedy jednak na nich czekam, okazuje się, że mają konkurs, albo któraś z dziewczyn musi szybko dostać się na przystanek za mostem. Więc wskakuje jednemu kumplowi na plecy i on biegnie, a ona wygląda jak na szybkim motocyklu, jak Megan Fox, eksponując zgrabne wiecie co. No to humor mi się poprawia, zaczynam ich gonić, przybijam piątkę z bratem po drodze, krzyczymy, że życie jest piękne, tamci gdzieś giną, może na przystanku, a my zaraz za mostem dostajemy ulotki.

Ulotki każą wejść do knajpy, to chyba nie jest knajpa przy Saskiej czy Francuskiej, ale taki styl, siadamy i czekamy. Ulotka jest o pracy, jest tam coś o dystrybucji dóbr, ale słowo jest zupełnie inne, ulotka jest pastelowa, zachęcająca, jak z któregoś kościoła USA. Czekamy w tej knajpie na kobietę, od której dostaliśmy ulotkę, taka tęższa pięćdziesiątka, nie zamawiamy nic, drożyzna. Kiedy przychodzi, pyta, czy zamawialiśmy - Nie, nie wiem ile posiedzimy -  odpowiadam sceptycznie.

Zamawia nam mleko, coś komentuje przy sąsiednim stoliku, wraca do nas i mówi, że z nami to się może spotkać o siedemnastej. Jak ojca w domu nie będzie.

Jest jedenasta rano, w ogóle nie podoba mi się ulotka, odmawiam.

- Nie, nie przyjdziemy. Powiedziała pani, jakie dobra - zatrzymuję się, patrzę na to słowo na ulotce, które nie jest dystrybucją - będziemy rozprowadzać? I pani nie ma dwadzieścia lat, żeby się ojca w domu obawiać?

Ludzie w lokalu patrzą zdezorientowani, oni chyba wszyscy przyszli dla tej ulotki, ale dopiero teraz widzą, że coś nie pasuje. Kobieta patrzy i nic nie mówi, smuci się trochę, ale takim smutkiem cwaniaków.

- W tej sytuacji dzięki za mleko, ale już wychodzimy, już nie wypiję.

I wychodzimy, świat wciąż jest piękny, intonuję - LIFE! - brat podejmuje - NANANANANA! LIFE IS LIFE! BLABLABLABLABLABLA! LIFE! - ryczymy, przybijamy piątki, biegniemy przez Pragę.

Obudziłem się waląc głową w ścianę. Dzień dobry.

środa, 5 września 2012

[FB] Samurajskie siekiery w rytmie Joy Division

Śnił mi się wrześniowy koncert MKL i Maków, który po kilku chwilach przeniósł się na podwórko przed lokalem i zamienił w performance sportowo taneczny z piłkami i publicznością. Przybiłem piątkę ze Zmywakiem, usiadłem na trawce oglądać, Jacek komentował wydarzenia, między innymi uznał, że Maciej, biegający za piłką, świetnie wpasował się w klimat imprezy w tej kiecce. Takiej zwiewnej, ale miał do niej wielkie, grube, czerwone rękawice, a do tego oczywiście, jak zwykle na ich koncertach, miał frajdę. I ja też miałem kieckę, ale jednak nie wyglądałem tak okazale.

Nad ranem, na pewno przed szóstą trzydzieści jeszcze, miasto było puste, jak filmowy Nowy Jork i tym razem czarno białe. Maki grały nowe piosenki na skrzyżowaniu przy CePeLku, trochę takie protest songi w rytmie Joy Division. Kilka osób chodziło wokół po pasach i robiło notatki z tekstów, wtajemniczeni, chyba wiedzieli, że to sen.

Noc kończę z kobietą. Walczymy na siekiery. Ale po samurajsku tylko jeden cios się liczy. Siekiera wchodzi jej w głowę jak w holograficzną projekcję, nie da się napisać o uroku trzaskającego arbuza. Mam takie wrażenie, że powinna się tam pojawić krew, ale jest tylko cieniutka linia przez oko do ust, które mówią - Daj mi jeszcze trochę wody, zanim się rozpadnę.

środa, 11 lipca 2012

Hop do przodu, bęc

W Take My Head, w tej żałosnej melodii, za każdym razem słyszę Final Fantasy VII. Nie wiem, który motyw, może main theme, jednak jest zupełnie inny, ale na skojarzenie nic nie poradzę. Pewnie Uematsu miał podobne instrumentarium kiedyś, przecież wtedy nie było mptrójek, zresztą siódmy Final to była gra na trzy cedeki, nie było szans na orkiestrową ścieżkę dźwiękową nawet w mp3.

Bardzo dobrze, że nie goniłem porannego kolarza dalej, tak skutecznie zabrałem się za jeżdżenie, że dojechałem lewą kostkę, chyba mogę powiedzieć, że epicko, skoro rozchodzi się o okolice ścięgna Achillesa. Rozchodzi się, mam nadzieję, jeździć też mogę, ale raczej nie z rana do pracy, po pracy na spokojnie, wreszcie to ja będę zawalidrogą. Albo i nie, mogę się przecież obrazić na rower.

Dentysta mnie nie znieczulał, to pani jest, chyba dobrze mi życzy, bo dzwoniła specjalnie do koleżanki z chorej kasy, żeby mnie jutro przyjęła z rana i w ogóle mam proces zepsuć i pominąć recepcję. Hasło torbiel kiedyś mroziło krew w żyłach, dziś to już aha, no ale dziś chodzi o mnie i nie ma związku z, dajmy na to, drogami rodnymi. Czyli tak, muszę znów tak piekielnie rano wstać, nie wypada do enefzetu wbijać dojechanym, jakie szczęście, że nie będę tam rowerował jutro, bo załatwiłem to (się) dzisiaj. Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, chyba pierwszy raz mi się udało.

Leniwe tempo powrotu zainspirowało przejazd ulubioną serwisówką pkp, ten kawałek od Ronda Starzyńskiego do Żerania, trochę jeszcze było za wcześnie, kolory świata nie zachwycały, nie łupały melancholią i nieskończonym smutkiem. W ramach rekompensaty zobaczyłem tira na postoju, kierowca na rozłożonym stołeczku, grill wyciągnięty, coś tam sobie przekładał. Nie mogę sobie przypominać takich rzeczy, aż mi ślinka cieknie, przaśny, wakacyjny klimat, a ja urlop za dwa tygodnie dopiero. Czytam ostatnio W drodze, jeszcze wtedy nie robili w zakamarkach postojów na grilla, a w każdym razie nie w towarzystwie autostopowiczów, albo nie do połowy książki. Skręciłem na odremontowany wiadukt, niestety lepiej mi się teraz wchodzi po schodach z rowerem niż ciśnie na pedały. Zajechałem do (panika, nowa ksywka... uff) Majtana, no bo dzwonił dzisiaj, kiedy ja w fotelu. Wpuścił, ale mówi, że nie dzwonił - no bo szefowa przypadkowo wzięła dziś mój telefon, może coś wcisnęła. I tak jeszcze muszę ojcu wytłumaczyć, co to za obca kobieta odbierała.

Pomarudził na lokatorów i może wreszcie pozbyłem się złej karmy, bo wystrzelałem jednego z ucha, że planuje imprezę w weekend - dostałem zaproszenie. W życiu bym nie wpadł, że opiekun lokalu zaproszony nie jest i nie ma pojęcia. No bo on śmiga w sobotę na jakieś wesele, o tym ja nie miałem pojęcia. Można komuś zepsuć misternie pleciony plan? Polecam się na przyszłość.

wtorek, 10 lipca 2012

Piękna pszczoła

Znów mnie wywiało, miałem gdzieś rozpoczęty nowy post, to jest rozpoczety w sensie tytułu, miało być I Kant understand, nadciśnienie - o kaleczeniu obcych języków i wycieczce do Lasek, gdzie moim bohaterem został Michał. Wprawdzie po drodze dwukrotnie niemal skręciłem kostkę, ale oznakowanie zapadniętego chodnika z pewnością przydało się nawet po moim wyjściu.

Mógł być też tytuł Staying in, w kontrze do poprzedniego tytułu, chyba czasem widziałem jakiś sens w rozmawianiu ze sobą tytułami postów, teraz będzie o to sporo trudniej, bo poprzednią zawartość przerzuciłem w inne miejsce. Takie tam archiwum. Jednak jeszcze nie dotarłem do wariantu pantonieja.blogspot.com. Ale może powinienem sobie zająć adres?

Mam dzisiaj szalony dzień, ja wiem, że dopiero południe, ale mój dzień zaczął się dziś chwilę po szóstej, czyli trochę już trwa. Bujałem się wczoraj na rowerze, wcześniej ze dwa tygodnie wstecz i ogólnie tak to od dwóch lat wygląda. Były kiedyś takie lata, że w trakcie jednego wypadu przejeżdżało się przez dwie burze, raczej nie były opisywane, może w jakichś komentarzach, dzień w dzień tak. Wczoraj wyszło tak, że dzwoniłem do Ba i He (może zmieniać ksywki po resecie?), Bahenej i Hebyla, bo mam im oddać pojemniki, w których kiedyś wyniosłem słodkości. Już je oddawałem po drodze, okazało się, że to inne pojemniki. Wreszcie znalazłem dobre, ale oni dopiero mieli wrócić późnym wieczorem, więc na rower ze mną też nie. Trudno, zobaczymy się później. Ostatnio nawala mi licznik, rejestruje może połowę trasy, prędkości nie pokazuje, zwlekam z kupnem nowego, to ściągnąłem na telefon szpiega od położenia. Ostatecznie też pokazuje średnią prędkość i nie muszę ślęczeć nad mapkami, ale jednak wiedzieć ile cisnę by się przydało, to motywuje jakoś. Na szczęście w ramach szalonego poranka znalazł się jakiś typ w obcisłym trykocie, wąskie kółeczka, minął mnie, kiedy wyjeżdżałem spod Grota, to wymyśliłem podczepić się i nie puszczać do Gdańskiego przynajmniej. Uff, skręcił, jeszcze by mi strzeliło do głowy dalej tak, śmierć.

Nie rozumiem, co się stało z dzisiejszym porankiem, na ogół wstaję ze dwie i pół godziny później, a dziś nawet śniadanie przecież, serek wiejski. Tak u mnie wygląda szaleństwo, gdybym miał nawroty choroby, ogarnę jakieś kanapki z czekoladą na poranki, do pracy dowlokłem się ledwo co. A kiedyś bez śniadań jeździłem.

Szpieg od położenia pięknie rysuje trasę, jechałem Północnym, rowerowo to drugi raz, za pierwszym jezdnią, bo zjeżdżałem do Marymonckiej. Nie wiem, czy da się zjechać do Wybrzerza Gdyńskiego rowerem, podejrzewam tam jakieś barierki-szmerki, więc tym razem śmigałem tą dramatycznie wąską kładką przy jezdni. Nie oswoiłem jeszcze krawędzi, w drugą stronę drałowałem raz z buta, publiczność na fejsie doceniła, tym razem wcale nie było lepiej, na ładnie narysowanej mapie widać, że jadę tam dziesięć-dwanaście na godzinę, na szczęście GPS nie jest na tyle dokładny, żeby było widać, jak trzęsą mi się ręce.

I jeszcze muszę tym rowerem wrócić dziś, przecież spałem ledwie pięć godzin, przecież mam dentystę, przecież bez znieczulenia nie dam rady, przecież ono mnie ostatecznie uśpi, jak po tym wsiąść na rower? To w ogóle dozwolone? Sprawdzę, dam znać. Hebyla kazała dbać o siebie, to wszystko ich wina jest, że wpuścili mnie na herbatę późno i nie wyganiali wcale, dopiero o północy padło pytanie, czy ja przypadkiem nie pracuję dziś. No tak. Bahnej mówi - No co, ja przecież też. Jak dobrze pamiętam, to on codziennie śmiga do pracy rowerem, mistrz, kiedyś codziennie śmigał do szkoły. Sprawdzał, czy mi licznik styka, niestety styka, gdzie indziej przyczyna.

Kombinują tam, żeby podnająć pokój, trochę się boję, że przez to nie będziemy już leżeć na podłodze i puszczać kawałków, w początkach odwyku od bloga okazało się, że na samej podłodze brzmienie nie jest najlepsze, ale leżało się przednio. Akurat wtedy przypomniałem sobie o Archive, okazało się, że jednej z dostanych (tj. dostałem kiedyś od kumpla pliki, nie myślcie sobie, że mam w domu jakieś płyty, płyt nie słucham już) płyt w ogóle nie słuchałem jeszcze, sami wykonawcy najmniej ją teraz lubią, nie zgadzamy się więc.

I ciągle nie kupiłem słuchawek. KSC75 wciąż za siedem dych, chyba nie chce mi się szukać innych, ale chyba głupio mi znów kupić te same, ledwie wytrzymują rok, sprawdzałem przynajmniej trzy razy już.

niedziela, 8 lipca 2012

[FB] To jeszcze długo przed Igą (tytuł z przyszłości!)

 Rozmawiałem o jutrzejszym tenisie, więc chciałem sprawdzić, jak poszedł dzisiejszy. Dowiedziałem się, że Marquez nie pamięta - czyli że on teraz zawsze już będzie w deszczu maleńkich żółtych kwiatów? Wyciągnąłem teatralną płachtę papieru i kiedy dotarłem do cyrkowo-lalkowego z Rosji, kierowca zaczął po rosyjsku mówić przez telefon. No i co? No i nic, dobranoc, mam w czubie taki ból, jakby coś się chciało ulotnić, ale nie mogło. Uszami niestety też nie. Na osiedlu rozchwiany żulik, ustępuje chodnika, sprytnie trzeźwieje na moment, mam pustą kieszeń, zawsze mówię - Powodzenia. Zaraz obok boiska ktoś puszcza lampion, czego mógłbym spodziewać się na premierach bardzo be teledysków, pod klatką to jednak pewne zaskoczenie. Nie czekałem startu.

środa, 13 czerwca 2012

[FB] Tak było po meczu euro

Błąd Gnuśnego polegał na naiwnym założeniu, że z tramwaju kończącego kurs w Zajezdni Żoliborz przesiądzie się w autobus na Białołękę. Tymczasem autobus z Młocin nie bardzo był w stanie otworzyć drzwi dla Gnuśnego. Więc Gnuśny idzie mostem - z szalikiem na szyi i lękiem wysokości pod pachą. Do przodu Gnuśny!

Gnuśny ze wstydem przyznaje, że po piętnastu metrach zawrócił. Oczewidno nadał zdarzeniu zupełnie niepotrzebnego dramatyzmu - bo autobusy kursują do drugiej dziś. Ale Gnuśny czeka tylko raz. A i to z trudem. Wyszorował dłonią niemal całą barierkę, Gnuśny i pustota, oczywiście poza pędzącymi z lewej potworami, wierzgającymi, warczącymi, spychającymi w przepaść samym świstem. Ale Gnuśny Czarna Dłoń żyje, całkiem mocno to dla odmiany czuje i kontynuuje marsz ku domowi, chłonąc trochę - życie. Z braku lepszego hasła zakrzyknijmy - Bocian, bocian! Taka to radość.