Chciałem napisać, że rozedrgany kwiecień maj, to była ostatnia taka szansa w tym roku. Nie mogłem znaleźć w sieci pliku dźwiękowego, może to jakaś oznaka starości, nie umieć w sieci znaleźć piosenki. Trudno, nocą wędrowaliśmy dziś wśród pomarańczy na rozdrożach, to może nieco bardziej pretensjonalne, ale wciąż działa.
sobota, 1 czerwca 2013
wtorek, 21 maja 2013
Chciałem do Ciebie zadzwonić i pogadać o księżycu
U mnie jest, widać go większość, choć za jakąś rzadką chmurą. Chmura jest przez to rozświetlona i w ogóle jest tam chyba specjalnie, żeby otulać księżyc, bo wokół innych chmur już nie ma, widać gwiazdy, trzeba się trochę przypatrzyć, w końcu miasto, ale jednak widać. Więc to pewnie dla mnie, na pewno tylko ja teraz patrzę na księżyc, z tego miejsca tutaj, niby jest tu wokół kilkadziesiąt tysięcy innych oglądaczy, sypialnia Warszawy, jakby nie patrzeć. Ale powinni spać już. A ja chcę mieć swoją chmurę i swój księżyc na chwilę, jak w kreskówkach, albo jak w nowych memach - fuck this place in particular. Mnie to w każdym razie robi dobrze.
Szliśmy niedawno przez noc, Smoczy robił urodziny i zrobił je naprawdę dobrze, gotował jakieś pasztety, wódka nie była celem, nawet trochę pograliśmy w karty. No ale jednak wyszedłem w połowie, all in, zasada przy kartach z gołymi babami jest taka, że mając na ręku obraną królową nie można plamić honoru. No to przegrałem wszystko, z niejaką ulgą - no to jestem wolny. Więc wyszliśmy, cztery piętra w dół, deszcz lekki, bardziej jak niezdecydowane lato, niż ledwie napoczęta wiosna - ciepło. Trasa ta sama od lat, tu gdzieś kiedyś biegał jeż, tam na chodniku siedzieliśmy i dumaliśmy o studiach. Dlaczego nie zostałem leśnikiem? Tak mi proponował, polecał. A Kuba Ziołek jednak mówił, że w tej Starej Rzece niewiele ciekawego poza metalowym mostkiem. Chyba mam coś takiego.
Szliśmy dalej ulicą bardziej główną, to oczywiście ulubiona pora, miejska noc z lekkim deszczem, tereny niezbyt uczęszczane, drzewa z liści zamiast świata z drzew, o tym wszystkim już było. Lubię nasze ludzkie, sztuczne światło w tym średnio zadbanym, niezbyt poukładanym mieście. Zastanawiałem się, jak jest nam ze sobą, w tej drodze, nie tylko na ulicy, ale też kilka dni, miesięcy, lat wstecz. A może do przodu też. Okej. Bez dramatów. Dopuściłem nawet na chwilę myśl, że może jednak mam Cię już dosyć, posmakowałem, przeżułem, ale nie ułożyła się nijak w głowie, na pewno już wyleciała, kiedy dotarłem do trasy.
To istotna zmiana w krajobrazie, kilka lat temu skrzyżowanie przebywało się zdecydowanie szybciej. Przynajmniej teraz mam dwie przecznice bliżej do domu, mogę lekko zamarudzić na światłach, albo nawet je zignorować. Rzadko ignoruję światła, nauczyłem się mandatem w pierwszym dniu pracy, choć ten akurat był za bramkę w metrze. No tak, biegłem wtedy oddać Smoczemu dowód, który mi podrzucił dzień wcześniej, żeby samemu nie zgubić. A teraz potrzebował. Czasem o trzeciej w nocy, oczywiście musi się napatoczyć radiowóz, akurat nie chciało im się zawracać do mnie.
Zaraz za mostem rozstajemy się na chwilę, kiedy akurat przestałem myśleć, że może wreszcie powinniśmy. Z drugiej strony ulicy zatrzymuje się samochód, taki raczej duży i dość drogi, pierwsze skojarzenie: ekipa narodowców z cygańskich odcinków drugiego sezonu Gliny jeździła podobnym. Wysiada dziewczyna, nie słyszę wyraźnie, coś marudzi, idzie na przystanek. Tak wysiada, na środku ulicy, bo tak. Kierowca nawraca, wrzuca awaryjne, nie wie chyba co zrobić z tym autem, wysiada i za nią - Co ty kurwa odpierdalasz?
Nie rozumiem, dlaczego takie sceny muszą mieć publiczność. Albo dlaczego muszę być ich publicznością. Tak dumam, że jakbym nie był, to gdzieś w bloku obok ktoś by i tak akurat stał z fajkiem na balkonie. A może nie muszą, tylko ja tak czasem trafiam. Może świat byłby lepszym miejscem, gdyby każda scena miała postronnego widza. Może mniej rzeczy kończyłoby się kiepsko. Tu chyba nie wyszło najgorzej, zgarnął ją spod wiaty, może nie byli pokojowo nastawieni do siebie, ale wracali do samochodu razem. Jak słyszałem. Nie moja historia, nie patrzyłem. To trudne - nie patrzeć w takiej sytuacji nocnej. Dlaczego nie zatrzymali się dwieście metrów dalej? Nie chciałem ich. Nie miałem ochoty się bać, czy nie zacznie jej bić, nawet jeśli z mojej strony ulicy był komisariat.
Więc to do tego magicznego brutalizmu. Kuba mi raczej nie odpowie, czy coś ogarniam, no ale tak mi się kojarzy, co nawet dla mnie samego jest aż nazbyt dosłowne i banalne. Nie poradzę.
Prawie rok temu szedłem przez ten most, równolegle opowiadałem o tym przez internet, że lęk wysokości i potwory. Opowiadałem o tym również w sobotę, po fajoskim koncercie Hey, nie mam pojęcia jak nas koleżanka naprowadziła na noc meczu Polska - Rosja, czyli dla mnie noc przejścia przez most. O wiele zgrabniej opowiedziałem wtedy o niej od razu przez sieć, roztrzęsionymi rękoma przed i po moście. Zrewanżowała się historią o ekipie dwudziestu kibiców, którzy wpadli za jakimś cherlakiem do hipsterskiej knajpy i okładali na jej oczach krzesłami. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Więc powiedziałem coś głupiego i ogólnego, a później wsiedliśmy do metra, takie tłumy z Pola Mokotowskiego tylko na Juwenalia, rozdzielili nas, więc rozsiadaliśmy się bez słów. Bezpiecznie.
Księżyca nie widać, chmura ciągle tam wisi, skondensowała się, podświetlona. O, teraz jednak znów widać, w całej okazałości, prawie pełnej. Dziwne. Żeby to był wiatr, to by chmurę przegnał gdzieś, a ja tu mam jakiś wir, chmura bulgocze na niebie, wierci się i kręci, ale nie odkleja się od księżyca. Pod chmurą Światowida przejeżdża taksówka, nie wiedziałbym, jakie to piękne, gdyby nie zwrócono mi uwagi.
Wydaje mi się, że to może jakaś miejska iluzja z brakiem chmur gdzie indziej, pomarańczowo granatowe gradienty, nie odważę się wychylić przez balkon, potwierdzać chmury nad głową, w końcu lęk wysokości. Na dole często grają w piłkę, czasem podpatruję i często mam taki wewnętrzny zryw, żeby pobiec po piłkę, kiedy wyleci za boisko. Kiedyś sami tam biegaliśmy, nie? No i to jest bardzo kiepskie uczucie na balkonie szóstego piętra, mieć ochotę skakać przez balustradę do piłki.
niedziela, 14 kwietnia 2013
[FB] Sen o trującym bluszczu
Spałem dziś tam, gdzie raczej rzadko sypiam, to oblazłem w sny niecodzienne. Trafiło mi się być superbohaterem. Robiłem co należy, czyli walczyłem z superantybohaterzycą, noc była deszczowa, do tego albo waliły błyskawice, albo ona miała jakieś elektryczne moce. Biegaliśmy po dachu ogromnego silosu, raczej niezbyt udana potyczka z mojej strony, ona chyba miała odpalić uber niszczący atak akurat, musiałem zwiewać poza zasięg. Przeskoczyłem przez barierkę, usiłowałem strzelać pajęczyną jak Spidey, jakoś przeżyłem ten zjazd po ścianie i skryłem się w zakamarku u podnóża. Superantybohaterzyca mnie jednak szybko odnalazła, nagle straciłem zdolność ucieczek po ścianach, w kozi róg, idzie w moją stronę przez deszcz, podchodzi zdecydowanie za blisko jak na superantybohaterzycę i zaczyna całować. Więc przez chwilę mam w sercu szczęście i ulgę, ale za chwile jest "Gnuśny-sense! Tingling!" - Trujący Bluszcz!
sobota, 13 kwietnia 2013
[FB] Najbaziomale z Białołęki
Jest sobotnie wiosenne popołudnie. Z gnuśnego balkonu widać boiskowych wojowników. Obok boiska ekipa ziomków - z szóstego piętra wyglądają na siedemnasto-dwudziedtolatków. Obok bryka, to się chyba nazywa roadster, takie bez dachu. Na masce motto - life is 2 short 2 go slow. Jakoś tak. Kierowca rusza powoli, ziomki zaraz obok i za nim. Najbardziej ziomalski gestykuluje najbaziomalsko. Słychać bit i nawijkę. Ziomki się prężą, kroczą, niech im ktoś da maczetę! Wtem. Od drugiego końca płotu nadbiega dziecko. Ma pewnie cztery razy mniej lat niż ziomki. Biegnie trawniczkiem - między chodniczkiem z ziomkami i uliczką z fajną bryczką. Uważny obserwator dostrzega wzdrygnięcie w ekipie. Lecz wciąż kroczą, obok płotu z siatki, przez swoje trudne ziomalskie żywota, z kapturami i raybanami, bez maczet ale przynajmniej bywają na pakerni. Dzieciak biegnie swoim torem naprzeciw - ani myśli omijać, przebiega przez kadr przed rozbujanym rapującym. Ziomki w śmiech. To się wytnie.
wtorek, 26 lutego 2013
Koniec świata zaskoczył mnie w najlepszych latach

Skończyłem urlop. Byli gdzieś na mojej drodze tacy, którym bardzo podobało się motto działać w stronę rzeczy zbytecznych, część z nich na pewno rozczarowałem, no ale co ja poradzę, że pewnie nawet piękniejsze jest doskonale tracę czas. Tak było. Oczywiście podejmowałem próby, nie jest tak, że cały czas siedziałem przy Skyrim, pewnie jeszcze nie chodziłem tak gęsto na koncerty. Na jednym siedziałem przy stole z Krzysztofem Vargą, który fajne pisze felietony, akurat dzisiaj nie jest zablokowany tekst o tym pisarzu, co mi jak na razie sprawił w tym roku najwięcej szczęścia.
To był pierwszy wieczór urlopowy, to był pierwszy wieczór koncertowy z serii, czternasty - hej dziewczyno, masz ładne kolana. Nie widziałem żadnych kolan, taka pora roku chyba. Rozmawiałem o planie na urlop, że wyjścia i koncerty, że to nie jest prosty plan, bo ja najbardziej i najbezpieczniej lubię w domu siedzieć. Słyszę na to - ja też, tylko to jest prostsze, wychodzenie wymaga wysiłku. Od razu mi się przypomniało, jak siedziałem przed Filozoficzną, wieczór był już niezbyt ciepły, czekałem może na koncert Kobiet, a może na koncert Maków. One były tak tydzień-dwa po sobie, przełom września i października. Zanotowałem sobie wtedy coś w stylu chciałbym mieszkać gdzieś wysoko, wysoko, na dziewiątym piętrze, żeby może częściej wychodzić do ludzi. No bo mam lęk wysokości, c'nie. Mogę ściemniać z tym dziewiątym, notatkę przypuszczalnie mam w szufladzie w pracy, bo to był notes roboczy.
Wtedy mieszkałem na trzecim, teraz jest szóste. Widok mam bajeczny - światła miasta - nawet pomimo faktu, że to wciąż Koniec Świata, Białołęka. Światło i miasto, dwa ulubione słowa Spiętego Lesława, przypomniałem sobie o tym czternastego właśnie, bo nie słyszałem Komet przez lata, na pewno jeszcze wtedy była Jadłodajnia, kiedy ich ostatnio słuchałem. Do dziewiątego jeszcze trochę, no ale nie spieszy mi się.
Któregoś wieczoru, kiedy akurat podjąłem trud wyjścia, trafiłem w windzie na obcego sąsiada. W starym bloku wszyscy sąsiedzi byli obcy, rodzicom pewnie żadni, no a ja nie mówiłem bry nawet takim, do których syna swego czasu śmigałem na Mortal Kombat 2. Ale tutaj się znowu uczę uprzejmości, no to kiedy taki dziadu wsiadł w windę, powiedziałem - dobry wieczór. Na pewno wypada tu mówić do widzenia na wyjściu, czasem co młodsi się krzywo patrzą, ale jednak jest w powszechnym użyciu. Teraz wiem już, dlaczego raczej to - jest bezpieczniejsze. To jest koniec wspólnego bycia, nie ma ryzyka rozmowy. Na dobry wieczór naprędce uczyłem się uprzejmego small talku, akurat chyba było cieplej, więc o pogodzie iście wiosennej i że dosyć już zimy. A na wyjściu z klatki - Czy się Pan tego meteorytu nie obawia? Akurat kosmos skrzywdził Czelabińsk, więc to piętnasty. No nie za bardzo. To nie jest coś, czym jest sens się przejmować.
Chyba skręcił do sklepu, miłego wieczoru, ulga, ja trafiłem do baru na trójmiejskie artystki do zakochiwania, nie chcieli przyjmować płatności kartą, za to tydzień później poznałem typa, który też do lokalu zapraszał (jam session) i twierdził, że przecież nie ma problemu. Jakiś jestem widać dla barmanów niepiękny, albo chcą za wiele moich pieniędzy, albo wcale, albo po prostu czegoś nie ogarniam.
W każdym razie w serii koncertowej najbardziej podobała mi się Masha, niestety gust mam absolutnie niehipsterski, bo ulubiony kawałek z koncertu wyskakuje od razu, kiedy się jej szuka i w dodatku brali go do popularnego serialu. Poniżej najwyraźniej oryginalny teledysk, pewnie zupełnie bez sensu będzie szukać, co to jest za film.
I wstydzę się do dzisiaj, że dostałem kiedyś, pod koniec szkoły podstawowej, nagrodę za czytelnictwo książek, w postaci książki oczywiście, której nie przeczytałem. Człowiek Everestu.
A obrazek to meteor, to logo FFVII, zupełnie bez sensu było siedzieć po północy i streamować konferencję w temacie PlayStation 4 po koncercie Mashy, skoro jedyny entuzjazm, to były słowa ważniaka ze Square-Enix, że się lubią z Sony od FFVII właśnie. W tej sekundzie byłem przerażony i zachwycony, że to jest chwila, w której zapowiedzą remake, no ale na szczęście, wcale nie na szczęście, tego nie wie nikt, ale jednak nie.
piątek, 8 lutego 2013
Korpotakilajf

W mijających tygodniach spadło na mnie wiele roboczych spraw, z których część pewnie wpasowałaby się świetnie między anegdotki pod ostatnim wpisem Orlińskiego, no ale nie wolno mi o tym nigdzie, za to zrobione być musi. To i szlajam się po nocach, wożę taksówkami za firmowe, bo normalnie się jednak nie wożę za bardzo, czasem o czwartej nad ranem. Oczywiście praca w późnych godzinach nocnych rządzi się swoimi prawami, ja nie mam zobowiązań, nie narzekam - na zdjęciu bóbr Maciej.
Dziś trafiliśmy z kolegą na jakieś stare pliki typu "z życia firmy". Ale nie żadna propaganda, nasze, jak powyższe. Mamy kilka zarchiwizowanych rebusów, jest tam Oddysey Dawn, czyli to już dwa lata temu. Było też God Is an Astronaut, które przywiodło mnie w niespodziewane miejsce. Ten obrazek ma astronautę z wielką szklaną kulą w miejscu hełmu i świetlistym, patrzącym trójkątem wewnątrz. Na pasie znak ryby, w tle Gwiazda Betlejemska, rakieta z krzyżem na czubie - seria oczywistych boskich wskazówek dla mieszkańców Europy środkowej. I kolega patrzy, patrzy, że kategoria muzyka, ale nie wspomina o kosmicznych podróżnikach, za to mówi, że kojarzy mu się z Brylewskim i Izraelem. Ja oczywiście nie wiem o co chodzi.
Za kilkanaście minut trafia mnie myśl, że kiedyś szukałem czegoś o Izraelu, miałem jakieś dyskografie pokitrane, sprawdzałem teksty, nie doszukałem się, nie odsłuchałem. A pisano mi w tych samych mejlach, co mam z nich książki - niczym się nie przejmuj, i jak śpiewał Izrael, głosuj na siebie. Więc walę do kolegi - Słuchaj, Ty słuchasz tego Izraela, znasz ich?
- No, tak, ze dwa lata temu byłem na koncercie, ogarniają się znów razem, dobrze grają.
- A mają jakiś kawałek z tekstem głosuj na siebie?
- Hmm, tak, jest taki, koncertowy, jego nie było na żadnej płycie, ale ciągle grają. Znaczy jest na koncertowej z '93.
No i faktycznie - jest.
niedziela, 3 lutego 2013
[FB] Biedny Światowid
Jest trzecia trzydzieści pięć. W gnuśnym pokoju, w miesiąc po Sylwestrze i powiązanej z nim czystce, pęka balon. Gnuśny nie wie, jaki miał kolor, dziś przy sprzątaniu znalazł jeden fioletowy, którego pęknięcie świat przegapił. Gnuśny wyciąga z szafy ciepłe skarpety i wychodzi na balkon. Po lewej z za wieżowca przy Atutowej wystaje Pałac Kultury. Z prawej za rzeką linia świateł dociera do pulsującego czerwienią słupa od linii wysokiego napięcia. Optycznie, z Gnuśnej perspektywy w każdym razie. Za młodu Gnuśny używał tych słupów jako punktu odniesienia dla rozmiarów Generała Daimosa. Światowida przejeżdża taksówka. Gnuśny stoi tak do lekkiego przemarznięcia i wraca do pokoju podzielić się chwilą.