Jak to składać teraz, trzy nudne dni, że chciałoby się wszystko na raz. W poniedziałek na pewno jeszcze aż tak nie padało, bardzo ładnie zorganizowany dzień, zakupy, bułki na kanapki do pracy przez cały tydzień, gotowanie i na rower. Zapomniałem kupić salami, przez co moje rachunki żywieniowe zamknąłem w sierpniu o grosz poniżej napoczęcia kolejnej setki. Na rower, świat już oddycha, lekko mży, czyli wreszcie odpoczywa od natrętnych ludzi, którzy przez ostatnie dwa miesiące tłoczyli się na nadwiślańskich ścieżkach, których teraz nie muszę mijać swoim słabo skrętnym rowerem. On jest może słabo skrętny, ale sny podpowiadają, że da się z nim wyskoczyć z balkonu, więc jest bardziej niż spoko.
We wtorek pada mocniej, praca mnie wykańcza, wykańczam siebie w pracy, bo bardzo tam jestem nie do pracy i zrezygnowany idę na spacer po mieście. Mam kaptur, ale to za mało, krople na okularach. Myślę o ściągnięciu z półki kaszkietu, kosztował w markecie pięć złotych, kupiliśmy kiedyś na jesieni, może już zimą, po wizycie w kinie - przydaje się. Potrafi niespodziewanie zmienić spojrzenie na świat, kolejnej jesieni, na spotkaniu w Starej Miłosnej tworzyliśmy frakcję kaszkieterów, późną nocą z gramofonowej leciały piosenki, a za może dwa dni szefowa imprezy zrobiła takie zaskoczone, ubawione oczy, piosenki okazały się być całą płytą Gorillaz - w ogóle nie skojarzyłem Last Living Souls z Feel Good Inc z telewizji. Jest to jeden z ulubionych wieczorów, w których uczestniczyłem, muzyka, poddasze, ciastka z masłem orzechowym, opowieści, każdy wieczór spędzony na poddaszu był fajny. Dwa wieczory?
Wadą kaszkietu jest myśl z Ogrodu Saskiego, już na wiosnę, kiedy porzucałem IFK - że mi przesłania jedną trzecią pola widzenia. Trzeba to przemyśleć, albo krople na okularach, albo daszek i urżnięty świat.
Deszcz prowokuje ironiczne hasła o złotej polskiej jesieni, to Cytat w pracy nie starał się akurat o fajny cytat, podczas gdy lato trwa jeszcze. Dzisiaj znów mamy słońce, więc może jednak będzie złoty polski wrzesień. Choć mówię - mnie deszcz się podobał, w drodze na Rozdroże patrzyłem na mokry asfalt, rozrzucone na nim spadłe z drzewa podłużne listki, wysuszone już, więc jesienne, krople rozbijały się kółkami dokładnie, ładnie, pomiędzy nimi. Chiński spektakl, nie wiem dlaczego chiński, bo żmudny i celny. Pewnie nie widzę tych kropel, które rozbijają się o listki, pewnie kiedyś w jakimś filmie latających sztyletów był spektakl, są i w takich filmach deszcze.
Młodzież wraca do szkół, oświaty kaganiec, więc znów będę uciekał przed tłocznym metrem. Nie lubię tego, spinam się, i tak wchodzę w sam środek, daleko od wejścia, ktoś się wpycha i naciska na plecy, jakby specjalnie tak się chwytać musiał. Myślę wtedy źle o sobie, to znaczy myślę źle o tym kimś, żeby za chwile siebie rugać, że każdy ma jakąś pracę, do której chce dojechać. Może to właściwość mojej porannej psychiki, nie oglądałem ostatnio Dnia świra, podobno był, kobieta się wpycha z książką i czyta, przez chwilę mam ochotę tak się jakoś ustawić, żeby jednak nie miała jak. Skąd to się bierze? Sam bym poczytał, gdybym coś ze sobą miał. Skąd to się bierze, skoro daję radę w autobusie, znowu podoba mi się rzeka o dwukolorowej, rozwianej tafli, jakbym patrzył z daleka, z góry, na poplątaną deltę, kanał przy kanale, hałdy piachu. To teraz jest godzina, kiedy najbardziej widać rozjaśnienie świata, niebo na zachodzie, tuż przy horyzoncie jest białe, szarzeje powyżej dopiero. To dziwne, nielogiczne jakby, skoro wschód mam za plecami, dlaczego na zachodzie taka jasność? Nawet nie pomyślałem, żeby skontrolować dzisiejszy wschód.
Autobus powrotny jest myślą ładniejszą od metra również ze względu na czytanie, to zawsze jest możliwość, nawet kilka stron, bo cokolwiek bym nie czytał - w końcu usnę. Power off, silnik rzęzi, na kole słychać krople, przy oknie przeciskają się przez izolację, w drodze ciekną po szybie, na przystankach kapią i chlapią mi na udo, więc zasłaniam się kurtką.
Nie wiem skąd u mnie taki pęd do domu zawsze, nawet jeśli idę na spacer, to w tamtą stronę i tak. Zabronione wyskakiwanie po drodze, przecież tam jest biblioteka, nie byłem w tej bibliotece od pięciu lat na pewno. Dokładnie planowane zakupy, nawet w konkretny dzień celowane, żeby w jak najmniejszym tłoku. Od początku roku nie mogę się zmobilizować, żeby wyskoczyć do pasmanterii po sznurówki - żeby mieć na Offie buty musiałem przekładać z innych. O co chodzi? Przechodzę obok jednego kina, w sobotę rowerem przejechałem obok drugiego, zawszę myślę, że może skoczę na film, ale jednak wolę oglądać mokry asfalt. Łatwiej mi przeglądać się w mokrym asfalcie? Był ostatnio jakiś dzień bloggera, zgrał się ze wzmożonym moim blogów czytaniem, wróciłem trochę do tego, co robiło się ostatnio też pięć lat temu - skakania po adresach komentujących te, które sam czytam. Podoba mi się to, ale również trochę rozbraja, znów rozbrojony, jak przez Lema. Miałem kiedyś poszukać ładnych słów na opowiedzenie, dlaczego cudze historie podobają mi się o wiele bardziej, niż moje własne i dlaczego generalnie wolę trzymać gębę na kłódkę. To chyba Niedodzwanialna mnie tak zamknęła, sam się zamknąłem. Chodzi o wrażenie, że świat robi na kimś wrażenie. Opowiadają historie, w których niekoniecznie grają pierwsze skrzypce, to nie są historie o nich samych, patrzą na świat i zachwycają się nim, kombinują, myślą, irytują się. Ja tam zawsze jestem na pierwszym miejscu, gdziekolwiek bym nie był. Gdybym pojechał do Barcelony, gdybym pojechał do Chin, gdybym rowerem miał przemierzyć Afrykę. Nie widzę tego w swoich historiach, nie widzę tego w sobie, zaangażowania w inną rzecz, tylko zaangażowanie w siebie - słońce czy deszcz. Rok temu próbowałem napisać opowiadanie, z którego podoba mi się już tylko jeden, ostatni akapit i tytuł, bo nie ma w nich nic ze mnie. Zupełnie wymyślone. Reszta do wyrzucenia, do napisania od nowa, inaczej jakoś, bardziej przypomina blog, nieudolnie łączone hasła, zmarnowany sen.
Każde miejsce, w którym jesteś, jest twoim miejscem. Idź do kina.
To jeszcze nie są słowa, z których byłbym w tej sprawie zadowolony, być może nie będzie takich do czasu, w którym będę zadowolony z siebie. Sobie sobą siebie.
Dwa dni z rzędu natknąłem się w metrze na tego samego znajomego, to raczej dalszy niż bliższy współpracownik, cześć i tyle gadania. Szedłem po swojemu, w zgodzie z listem wysyłanym do koleżanki zaraz przed rozpoczęciem korporacyjnej kariery - coś o tym, że nie będę się spieszył. Podajemy sobie rękę i dokładnie mu to powtarzam, słuchaj, tak mam, że nawet choćbym miał się spóźnić, nie biegnę na te schody. Więc też się nie spieszył, to dla mnie trochę męczące towarzystwo, kiedy nie wiem, o czym mówić. Nazajutrz znowu on, już się zabezpieczałem, już mówiłem, słuchaj, wiesz, że ja nie biegnę, leć tam do tej roboty, a on mi niszczy plan i mówi, podoba mi się to, też się tu nie będę spieszył. Więc szukam tematu, ćwiczę small talk - metro, wiesz, wrzesień, do szkoły, dlatego na rano jeżdżę, zanim większość szkół zacznie zajęcia, żeby jeszcze nie było aż tak tłoczno. Rzadko która szkoła ma o siódmej rano lekcje, moja wprawdzie miała, ale dodatkową łacinę, ciężko sobie wyobrazić, żeby to generowało wzmożony ruch w metrze. Podchwycił to, pyta, czy uczyłem się w liceum łaciny, a ja że nie, że wiem, że była w szkole. - Bo zawsze mam wrażenie, że ludzie, którzy znają łacinę, oni są kimś. Powiedział to w takim sensie, w jakim o zecerze Hessego pisano nekrolog - stara gwardia, szacunek. I kontynuujemy, o różnych łaciny odmianach, że starożytna i kościelna chociażby, że przez dwa tysiące lat od Chrystusa się musiała pozmieniać. Ani się przy tym zająknąłem, że porzuciłem kiedyś ten IFK, że zrezygnowałem z bycia kimś. Też mam dla nich wielki szacunek, ale bardziej przez świetny wieczór niż łacinę i grekę, choć to też oczywiście.
Już kończę, już. Zanim kupię jakąś nową książkę, zanim, zamiast na spacer, pójdę do kina, jeszcze o Solaris. Jak to się stało, że po poprzedniej lekturze miałem w głowie obraz wielkiej dłoni wyłaniającej się z solarycznego oceanu, sięgającej, żegnającej odlatujący pojazd? Być może miałem taką myśl zanim przebrnąłem przez książkę wtedy, pierwszy raz i wbrew wszystkiemu, co w niej jest, to najbardziej zapamiętałem. Spodziewałem się jej wczoraj, nie ma!
Podczas autobusowej podróży słyszałem dzisiaj w głowie Winobranie. Cytat zamówił dwie pary słuchawek, już do niego przyszły, skończą się losowe nuty w głowie.
Nie mam, pomyliłem się, przegapiłem, rzucisz kamień? :D
OdpowiedzUsuńNo, naprawione, dostawione również jakieś przecinki, oraz przypadkowe ba zamieniona na na, rozumiesz, układ gwiazd, to znaczy układ klawiatury bliski, ale oprócz tego niedbalstwo.
OdpowiedzUsuńDobrze, że zapytałeś, zamiast np. wertować tomiki poetyckie w poszukiwaniu metafory kaszkietu.