Spałem dziś tam, gdzie raczej rzadko sypiam, to oblazłem w sny niecodzienne. Trafiło mi się być superbohaterem. Robiłem co należy, czyli walczyłem z superantybohaterzycą, noc była deszczowa, do tego albo waliły błyskawice, albo ona miała jakieś elektryczne moce. Biegaliśmy po dachu ogromnego silosu, raczej niezbyt udana potyczka z mojej strony, ona chyba miała odpalić uber niszczący atak akurat, musiałem zwiewać poza zasięg. Przeskoczyłem przez barierkę, usiłowałem strzelać pajęczyną jak Spidey, jakoś przeżyłem ten zjazd po ścianie i skryłem się w zakamarku u podnóża. Superantybohaterzyca mnie jednak szybko odnalazła, nagle straciłem zdolność ucieczek po ścianach, w kozi róg, idzie w moją stronę przez deszcz, podchodzi zdecydowanie za blisko jak na superantybohaterzycę i zaczyna całować. Więc przez chwilę mam w sercu szczęście i ulgę, ale za chwile jest "Gnuśny-sense! Tingling!" - Trujący Bluszcz!
niedziela, 14 kwietnia 2013
sobota, 13 kwietnia 2013
[FB] Najbaziomale z Białołęki
Jest sobotnie wiosenne popołudnie. Z gnuśnego balkonu widać boiskowych wojowników. Obok boiska ekipa ziomków - z szóstego piętra wyglądają na siedemnasto-dwudziedtolatków. Obok bryka, to się chyba nazywa roadster, takie bez dachu. Na masce motto - life is 2 short 2 go slow. Jakoś tak. Kierowca rusza powoli, ziomki zaraz obok i za nim. Najbardziej ziomalski gestykuluje najbaziomalsko. Słychać bit i nawijkę. Ziomki się prężą, kroczą, niech im ktoś da maczetę! Wtem. Od drugiego końca płotu nadbiega dziecko. Ma pewnie cztery razy mniej lat niż ziomki. Biegnie trawniczkiem - między chodniczkiem z ziomkami i uliczką z fajną bryczką. Uważny obserwator dostrzega wzdrygnięcie w ekipie. Lecz wciąż kroczą, obok płotu z siatki, przez swoje trudne ziomalskie żywota, z kapturami i raybanami, bez maczet ale przynajmniej bywają na pakerni. Dzieciak biegnie swoim torem naprzeciw - ani myśli omijać, przebiega przez kadr przed rozbujanym rapującym. Ziomki w śmiech. To się wytnie.
wtorek, 26 lutego 2013
Koniec świata zaskoczył mnie w najlepszych latach

Skończyłem urlop. Byli gdzieś na mojej drodze tacy, którym bardzo podobało się motto działać w stronę rzeczy zbytecznych, część z nich na pewno rozczarowałem, no ale co ja poradzę, że pewnie nawet piękniejsze jest doskonale tracę czas. Tak było. Oczywiście podejmowałem próby, nie jest tak, że cały czas siedziałem przy Skyrim, pewnie jeszcze nie chodziłem tak gęsto na koncerty. Na jednym siedziałem przy stole z Krzysztofem Vargą, który fajne pisze felietony, akurat dzisiaj nie jest zablokowany tekst o tym pisarzu, co mi jak na razie sprawił w tym roku najwięcej szczęścia.
To był pierwszy wieczór urlopowy, to był pierwszy wieczór koncertowy z serii, czternasty - hej dziewczyno, masz ładne kolana. Nie widziałem żadnych kolan, taka pora roku chyba. Rozmawiałem o planie na urlop, że wyjścia i koncerty, że to nie jest prosty plan, bo ja najbardziej i najbezpieczniej lubię w domu siedzieć. Słyszę na to - ja też, tylko to jest prostsze, wychodzenie wymaga wysiłku. Od razu mi się przypomniało, jak siedziałem przed Filozoficzną, wieczór był już niezbyt ciepły, czekałem może na koncert Kobiet, a może na koncert Maków. One były tak tydzień-dwa po sobie, przełom września i października. Zanotowałem sobie wtedy coś w stylu chciałbym mieszkać gdzieś wysoko, wysoko, na dziewiątym piętrze, żeby może częściej wychodzić do ludzi. No bo mam lęk wysokości, c'nie. Mogę ściemniać z tym dziewiątym, notatkę przypuszczalnie mam w szufladzie w pracy, bo to był notes roboczy.
Wtedy mieszkałem na trzecim, teraz jest szóste. Widok mam bajeczny - światła miasta - nawet pomimo faktu, że to wciąż Koniec Świata, Białołęka. Światło i miasto, dwa ulubione słowa Spiętego Lesława, przypomniałem sobie o tym czternastego właśnie, bo nie słyszałem Komet przez lata, na pewno jeszcze wtedy była Jadłodajnia, kiedy ich ostatnio słuchałem. Do dziewiątego jeszcze trochę, no ale nie spieszy mi się.
Któregoś wieczoru, kiedy akurat podjąłem trud wyjścia, trafiłem w windzie na obcego sąsiada. W starym bloku wszyscy sąsiedzi byli obcy, rodzicom pewnie żadni, no a ja nie mówiłem bry nawet takim, do których syna swego czasu śmigałem na Mortal Kombat 2. Ale tutaj się znowu uczę uprzejmości, no to kiedy taki dziadu wsiadł w windę, powiedziałem - dobry wieczór. Na pewno wypada tu mówić do widzenia na wyjściu, czasem co młodsi się krzywo patrzą, ale jednak jest w powszechnym użyciu. Teraz wiem już, dlaczego raczej to - jest bezpieczniejsze. To jest koniec wspólnego bycia, nie ma ryzyka rozmowy. Na dobry wieczór naprędce uczyłem się uprzejmego small talku, akurat chyba było cieplej, więc o pogodzie iście wiosennej i że dosyć już zimy. A na wyjściu z klatki - Czy się Pan tego meteorytu nie obawia? Akurat kosmos skrzywdził Czelabińsk, więc to piętnasty. No nie za bardzo. To nie jest coś, czym jest sens się przejmować.
Chyba skręcił do sklepu, miłego wieczoru, ulga, ja trafiłem do baru na trójmiejskie artystki do zakochiwania, nie chcieli przyjmować płatności kartą, za to tydzień później poznałem typa, który też do lokalu zapraszał (jam session) i twierdził, że przecież nie ma problemu. Jakiś jestem widać dla barmanów niepiękny, albo chcą za wiele moich pieniędzy, albo wcale, albo po prostu czegoś nie ogarniam.
W każdym razie w serii koncertowej najbardziej podobała mi się Masha, niestety gust mam absolutnie niehipsterski, bo ulubiony kawałek z koncertu wyskakuje od razu, kiedy się jej szuka i w dodatku brali go do popularnego serialu. Poniżej najwyraźniej oryginalny teledysk, pewnie zupełnie bez sensu będzie szukać, co to jest za film.
I wstydzę się do dzisiaj, że dostałem kiedyś, pod koniec szkoły podstawowej, nagrodę za czytelnictwo książek, w postaci książki oczywiście, której nie przeczytałem. Człowiek Everestu.
A obrazek to meteor, to logo FFVII, zupełnie bez sensu było siedzieć po północy i streamować konferencję w temacie PlayStation 4 po koncercie Mashy, skoro jedyny entuzjazm, to były słowa ważniaka ze Square-Enix, że się lubią z Sony od FFVII właśnie. W tej sekundzie byłem przerażony i zachwycony, że to jest chwila, w której zapowiedzą remake, no ale na szczęście, wcale nie na szczęście, tego nie wie nikt, ale jednak nie.
piątek, 8 lutego 2013
Korpotakilajf

W mijających tygodniach spadło na mnie wiele roboczych spraw, z których część pewnie wpasowałaby się świetnie między anegdotki pod ostatnim wpisem Orlińskiego, no ale nie wolno mi o tym nigdzie, za to zrobione być musi. To i szlajam się po nocach, wożę taksówkami za firmowe, bo normalnie się jednak nie wożę za bardzo, czasem o czwartej nad ranem. Oczywiście praca w późnych godzinach nocnych rządzi się swoimi prawami, ja nie mam zobowiązań, nie narzekam - na zdjęciu bóbr Maciej.
Dziś trafiliśmy z kolegą na jakieś stare pliki typu "z życia firmy". Ale nie żadna propaganda, nasze, jak powyższe. Mamy kilka zarchiwizowanych rebusów, jest tam Oddysey Dawn, czyli to już dwa lata temu. Było też God Is an Astronaut, które przywiodło mnie w niespodziewane miejsce. Ten obrazek ma astronautę z wielką szklaną kulą w miejscu hełmu i świetlistym, patrzącym trójkątem wewnątrz. Na pasie znak ryby, w tle Gwiazda Betlejemska, rakieta z krzyżem na czubie - seria oczywistych boskich wskazówek dla mieszkańców Europy środkowej. I kolega patrzy, patrzy, że kategoria muzyka, ale nie wspomina o kosmicznych podróżnikach, za to mówi, że kojarzy mu się z Brylewskim i Izraelem. Ja oczywiście nie wiem o co chodzi.
Za kilkanaście minut trafia mnie myśl, że kiedyś szukałem czegoś o Izraelu, miałem jakieś dyskografie pokitrane, sprawdzałem teksty, nie doszukałem się, nie odsłuchałem. A pisano mi w tych samych mejlach, co mam z nich książki - niczym się nie przejmuj, i jak śpiewał Izrael, głosuj na siebie. Więc walę do kolegi - Słuchaj, Ty słuchasz tego Izraela, znasz ich?
- No, tak, ze dwa lata temu byłem na koncercie, ogarniają się znów razem, dobrze grają.
- A mają jakiś kawałek z tekstem głosuj na siebie?
- Hmm, tak, jest taki, koncertowy, jego nie było na żadnej płycie, ale ciągle grają. Znaczy jest na koncertowej z '93.
No i faktycznie - jest.
niedziela, 3 lutego 2013
[FB] Biedny Światowid
Jest trzecia trzydzieści pięć. W gnuśnym pokoju, w miesiąc po Sylwestrze i powiązanej z nim czystce, pęka balon. Gnuśny nie wie, jaki miał kolor, dziś przy sprzątaniu znalazł jeden fioletowy, którego pęknięcie świat przegapił. Gnuśny wyciąga z szafy ciepłe skarpety i wychodzi na balkon. Po lewej z za wieżowca przy Atutowej wystaje Pałac Kultury. Z prawej za rzeką linia świateł dociera do pulsującego czerwienią słupa od linii wysokiego napięcia. Optycznie, z Gnuśnej perspektywy w każdym razie. Za młodu Gnuśny używał tych słupów jako punktu odniesienia dla rozmiarów Generała Daimosa. Światowida przejeżdża taksówka. Gnuśny stoi tak do lekkiego przemarznięcia i wraca do pokoju podzielić się chwilą.
czwartek, 31 stycznia 2013
Co słychać, Gnuśny

Zapisałem się do biblioteki już chyba rok temu, to pierwsze zapisanie się do biblioteki od czasu liceum, od biblioteki przy Porajów, to jest przy starym bazarku. Zdarzyło mi się już płacić kary, dwa siedemdziesiąt dofinansowania do podupadających budżetów miejskich. Mam teraz stamtąd dwie książki, pomysły na obie mają to samo źródło, które rozważało kiedyś studia nad literaturą iberoamerykańską. Kupowałem sobie, na urodziny chyba, O bohaterach i grobach, teraz wypożyczyłem też Abaddona, bo chodzę do tej biblioteki bez planu na ogół, jak kiedyś po książki o smokach do osiedlowej, biorę, co kojarzę, że mogłem kiedyś chcieć przeczytać. No i mam Opowieści o kronopiach i famach Cortazara, bez których nie byłoby mnie tu dzisiaj.
W mejlu padło kiedyś hasło, żeby sprawdzić. Wciąż mam te mejle, to już prawie pięć lat temu, czyli właściwie niedawno, bo pracowałem już, a od kiedy pracuję - wszystko jest niemal jak wczoraj. Pewnie chodzi o to, że nie piszę pamiętników i daty nie maszerują w głowie. W każdym razie miałem sprawdzić rzecz o powitaniu Lopeza i drugą, wtedy nie wiadomo było, jaką. I widzieliśmy się w czwartek w zeszłym tygodniu, kiedy jeszcze było pełno śniegu i poniżej zera, wspomniałem, że do polecanych książek potrafię docierać latami. Jak tutaj. I przypominam o tych opowiadaniach, że które to było drugie? - O niedźwiedziu. Tak, też zwróciłem uwagę na wystawiany z kranu nos. Są przynajmniej dwa o niedźwiedziach, ale to do tego dziś wróciłem, kiedy po trzynastu godzinach w pracy jechałem metrem do domu i skończyłem czytać o kronopiach i famach.
Znajomi ludzie mają na fejsie stronę z podobnymi historyjkami, może nie aż tak wykręconymi, ale w tym guście i z morałami czasem też. Opowieści z Ciemnoboru.
Więc lecę wstecz, Lopez ładny, i przeskakuję przez niedźwiedzia pierwszego do niedźwiedzia drugiego. Który wypowiada się tak.
Przemowa niedźwiedzia
Jestem niedźwiedziem z domowych rur, wspinam się rurami w godzinach ciszy, rurami od wody gorącej, od centralnego ogrzewania, od wentylatorów, przechodzę nimi z mieszkania do mieszkania, jestem niedźwiedziem rurowym.
Mam wrażenie, że mnie szanują, bo moja sierść trzyma ciepło w przewodach, bez chwili przerwy biegam po nich, bo niczego tak nie lubię, jak ganiać z piętra na piętro i ześlizgiwać się rurami. Czasami wysadzam łapę przez kran, a służąca z trzeciego krzyczy, że się oparzyła, albo mruczę na wysokości pieca na drugim i kucharka Wilhelmina skarży się, że piec źle ciągnie. W nocy biegam cichutko, ale za to jak najszybciej, przez komin wychylam się na dach, ażeby zobaczyć, czy tam wysoko tańczy księżyc, i potem jak wiatr zapuszczam się aż do centralnego pieca w podziemiach. W lecie, nocą pływam w cysternie na dachu skropionej gwiazdami, myję sobie buzię najpierw jedną łapką, potem drugą, potem dwiema naraz i to sprawia mi wielką frajdę.
Więc śmigam po wszystkich rurach w całym domu, mruczę z zadowolenia, a pary małżeńskie kręcą się na łóżkach i narzekają na złe instalacje. Niektórzy zapalają światło i notują sobie na karteczkach, żeby nie zapomnieć powiedzieć o tym portierowi. A ja szukam kranu, który na jakimś piętrze zawsze jest nie dokręcony, wysadzam tamtędy nos i oglądam ciemność pokoi, gdzie żyją stworzenia nie mogące łazić po rurach, i trochę mi ich żal, że są tacy tępi i tędzy, że tak chrapią, że mówią przez sen i są tak samotni. Kiedy rano myją sobie twarze, pieszczę im policzki, liżę ich w nos i odchodzę prawie pewny, że zrobiłem dobry uczynek.
-
Julio Cortazar, Opowieści o kronopiach i famach, przełożyła Zofia Chądzyńska, MUZA SA 1999
I to będzie pierwsza rzecz, którą wyryję w pamięci złotymi zgłoskami. Nie ryłem nic w pamięci od czasu rogu Wojskiego, ale to nie było na złoto. Kiedy wysiadłem z metra, zasięg, to pisałem do przyjaciół z telefonu, że wracam z pracy, mam opowiadania, czytam to w kółko i płaczę ze szczęścia.
Za trzy godziny chyba znów wstaję do pracy, ten miesiąc nie należy do najłatwiejszych, ale w tym tygodniu ciepło, roztopy i grodzenie przed morderczymi soplami, oczywiście wiele jeszcze przed nami do końca marca, ale akurat we mnie chyba skończyła się już zima.
Jeśli przez weekend nie ogarnę Sabato, znów będę płacił karę. Cóż.
środa, 2 stycznia 2013
[FB] Promocja, status na gnuśnytm fejsie, ostatni taki status na fejsie
Nowy Rok rozpocząłem od utraty wzroku. Naprawialiśmy taśmą, głównie po to, żeby Milan znów rozbił Juve. Wciąż mam w domu jakieś pół setki balonów, najlepszy pomysł roku ubiegłego pozwolił przetrzymać najbardziej zombiastyczne chwile kolejnego. No bo kopanie w balony koi. Poszliśmy na spacer, rześko, bez czapki (ja, za to na mój widok zimno innym), kierowcy przepuszczają na pasach, idziemy po pasach, tylko po białych pasach. Do robienia obiadu w słuchawkach Aloha, mogę się nie golić, ale o brodę jak ta Rumcajsa musiałbym walczyć miesiącami. Później wszystko od świtu do światła gwiazd, leci to z pleja, więc zmieniam płyty. Mam koszulkę prawie jak Corgan, jakieś 11 numerów większą. Drekoty skrzypią bez komentarzy, dopiero Kontinuum wywołuje protesty, ale przeskakuje do następnej, zanim ktokolwiek rusza do pada. Tak przeżywam dzień pierwszy. To teraz już nic tylko czekać do listopada.
Dziś wciąż jeszcze przytomnieję, ale wzrok mam już naprawiony profesjonalnie - I zmieniłem panu noski. - Fajnie, a ile to będzie? - Nic, darmo. Proszę robić dobre uczynki.